6 grudnia 2010

Mam nadzieję, że koniec jest radosny. Mam nadzieję, że nigdy tutaj nie wrócę.

ruina

spójrz
oto życie dobiega końca
pękają kolumny wybuchają okna
jazgot gnącej się stali ze zbrojeń ścian
agonalny wrzask gmachu
marmury we krwi ludzi zabitych kawałkami sufitu
fortepian w drzazgach
tłum zadeptuje się w panicznej ucieczce
pielgrzymce ku śmierci przez okno na bruk
stoję i patrzę

26 listopada 2010

Spójrz mi w oczy kochanie
żebym mógł je odwrócić
bezczelnie patrzeć w inną stronę
i modlić się do ciemnego boga
żeby cię bolało
bardzo


Dotknij mnie kochanie
żebym mógł cię ugryźć
wbić kły w twoje mięso
i poczuć słodycz krwi w ustach
żeby cię bolało
bardzo


Przyjdź do mnie kochanie
lecz to droga przez dżunglę
nocą, gdy dzikie koty
czyhają na drzewach
żebyś się przeraził
i uciekł


Nienawidzę cię kochanie
za to, że muszę cię kochać
za twoją żałosność i moją
i za to, że stoisz tak daleko
i robisz
nic


Ja tu ginę kochanie
nie wpuszcza się promyka światła
do mrocznej jamy pająka
który żył w ciemności
od zawsze
sam


Ktoś musi umrzeć kochanie

szyba

siedzę przygarbiony
świat dzieje się gdzieś
za szybą oknem
uchylonym i tylko wiatr
niesie zapach ludzi
ciepłej radosnej krwi
hormonów szczęścia
ale jest zimny
okrutny
przytulam usta do zimnej szyby
próbując dosłyszeć wołanie
cisza


pokój wiruje powoli
obluzował się odpada
od świata
spadnę w nim
ku nieskończoności
w dół
patrząc przez szklane ściany
na blask ognia
coraz dalej
zamarznę cicho
przytulony do szyby
z wielkim odłamem lodu
wbitym w klatkę piersiową
cisza

19 listopada 2010

Krwi i głów

Od niepamiętnych czasów, przez całą historię ludzkości – od pierwszych klanów, po liberalne demokracje – światem rządzi jedna dyktatura. Dyktatura piękna. Rządzi niepodzielnie i bezwzględnie, arbitralnie dzieli rzeczy na lepsze i gorsze, jednym dając szansę, inne skazując na potępienie za życia. Uzurpuje sobie prawo do bycia wartością i tę ohydną tyranię zatwierdzali kolejni „myśliciele”. Platon i jego totalitarne państwo, Arystoteles, który miał czelność nawet systematyzować piękno. Filozofowie chrześcijańscy, którzy utożsamiali je z boskością. Idealiści – tworzyli z niego nieśmiertelną figurę idei. Racjonaliści – którzy dostrzegali je w ludzkim umyśle. Hedoniści – którzy nim tylko kierowali się w życiu. Zwykli ludzie, trybiki w wyzutej z sensu machinie ewolucji, widzieli w nim „Dobro”. „Wartość”. „Cel”. Deifikowali je, zapominając zupełnie, że to tylko manifestacja zwierzęcego popędu seksualnego, że „piękno” jest tylko sygnałem – „Z nim chcesz kopulować!”. Nic więcej.

Ale nadszedł czas. Czas, by odrzeć „piękno” z jego boskich szat, by odrzeć je ze skóry, wydłubać oczy, zedrzeć krwawiące mięso i postawić – przed całym światem – takim, jakim jest. Tym, czym jest. Przegniłym szkieletem, brudną suką z cieczką. Danse macabre brzydkich, brudnych, chorych, spaczonych, wynaturzonych zwierząt, pod billboardami domów mody. Orgią brudu. Zwierzęcą chcicą. Czas pokazać, że nie różni się niczym od tanatycznej żądzy zgwałcenia pięknej, młodej, świeżej i krwistej kobiety, przez zasyfionego menela spod sklepu z tanim alkoholem. Od mdlącej potrzeby rozkoszowania się czyimś cierpieniem, wyrywania mu paznokci i wypruwania flaków. Najniższym z możliwych instynktów.

Ale to nie koniec. To nie może się tak zakończyć. Tyle cierpienia zostało zadane w jego imię. Trzeba przelać tę krew w drugą stronę. Dużo krwi. Krew powinna płynąć ulicami. Rzeki powinny spłynąć krwią! Powinny spaść głowy – najpierw tych ikon z plakatów. Głowy, włosy, skóry, paznokcie i cokolwiek tam jeszcze w sobie mają. Trzeba rozedrzeć ich na strzępy na samym środku świata. Potem pójdą piękni i ładni, zadbane pieski i urocze kotki. Spłoną i runą w gruzach katedry, personifikujące ideę boskiego piękna. Jako brzydkie ruiny staną przed nami cuda architektury, staną przed nami tym, czym są, nie tym, za co je przebrano. Spłoną obrazy, książki, poematy. Spłoną parki i ławeczki. Spłoną lasy, wiewióreczki. Trzeba zniszczyć wszystko, cios za ciosem, aż świat pokryję się czerwienią pożaru i krwi.

A my, bękarty piękna, szczury jego lochów, wyjdziemy. I pożremy. Nasze pchły zadżumią świat, nasz pisk, który przejdzie w ryk, stłumi swą kakofonią wszelką muzykę. Będziemy grać w piłkę głowami modelek, uszyjemy sobie ubrania z ich skór.

Nasz czas nadchodzi. A ty, Piękny, spójrz w oczy napotkanemu brzydalowi, głęboko. Tak głęboko, aż ujrzysz w nich nienawiść, oceany nienawiści.

Zasłużonej.

14 listopada 2010

koniec
nie powinien boleć
powinien być powolny
stopniowy i metodyczny
powinien być zanurzeniem
w gorącej krwi łona matki
uciszać hałas życia, krzyki
pusty śmiech pusty płacz
oddalić smród świata
ohydnych oddechów
wyłączyć dotyk
ludzi, którym wydaje się
że wiedzą i że są
usunąć z ust posmak trupów
którymi się żywiliśmy
i ludzi
którymi się łudziliśmy
być czerwienią przechodzącą w ciemność
oddalić nas od bełkotu
nazywanego światem
życiem
wymazywać wspomnienia
emocji
szalonej miłości, która
kosztowała nas tyle krwi
i roztrzaskała nasze pompy o skały
czerwonej nienawiści, która
była przecież tylko obroną

ciszą
pustką umysłu
która przełamie iluzję materii

i gdy runiemy w dół
uśmiechem
że to już
oszukaliśmy
wygraliśmy walkę z życiem
nigdy więcej
chcę
muszę

spokojną, uśmiechniętą ciszą
nigdy już niezmąconą

cii

śpij

13 listopada 2010

wdech

wdech
zimnego powietrza, smrodu gnijących liści
oparów absurdu, oponenta pustki

wydech
coraz zimniej, tlen jest radioaktywny
w moich żyłach mieszanina toksycznej mazi
z dawką alprazolamu
za dużą

hermetyczna patologia
gnijąca w środku, zepsute ciało
brudny mózg

zamknięta w lodowej skorupie
i ruinie uśmiechu
lodowa rzeźba wyciosana
piłą mechaniczną

a przecież bije tam coś w środku
przemarznięta pompa na skraju sił
łudząca się wyobrażeniem Ciepła

udało się! kilka kroków do przodu
łapię marzenie
a ono
pryska
wbija się odłamkami w obojętne oczy
które już nawet nie umieją krwawić

potem znów szkodliwy nadmiar
uzależniających leków
żeby przetrwać noc
i przywołać cień Nadziei
kurwy, która nie pozwala
zakończyć

25 czerwca 2010

Dzień szesnasty...

Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór.
Friedrich Nietzsche


Podczas obrabiania stali za pomocą wielkiej siły, wydziela się ciepło. Jest tylko efektem ubocznym, nie celem samym w sobie. Tak się przynajmniej twierdzi. Jeśli maszyną do obróbki stali jest człowiek, a ciepłem jest szczęście, sens, znaczenie – Moc, wszystko nabiera innych wymiarów. Życie jest obróbką stali, nieustannym wywieraniem wielkiej siły na blok ciężkiego metalu – tylko po to, by uzyskać Moc. Co zaś w tej metaforze symbolizuje stal? Cokolwiek. Życie. Aktywność. Walkę. Jest pokonywaniem każdej kolejnej sekundy, powalaniem jej na plecy, nieustannym zwycięstwem Woli.
Wielu powie – sensu nie ma. Będą mieli rację i w tym tkwi ich ponura moc. Są chodzącymi trupami, wysysającymi resztki Mocy z żywych. Ale mają rację – sensu nie ma. Nie ma go jako takiego, nie jest wartością obiektywną. Nie można go zebrać i zmagazynować. Trzeba go wciąż wytwarzać, kując stal, by móc ogrzać się w cieple sensu. Wszelkie próby dogłębnego zrozumienia świata kończą się w ten sam sposób – prowadzą do pustki. Pustka jest odwieczną otchłanią nicości, patrzy w nas i pożera nasze cenne zasoby życiowej Mocy.
Wielu powie – spójrz na bezsens, ujrzyj absurd. I znów będą mieli rację. Człowiek postawiony w obliczu pustki ma tylko jedną alternatywę – umrzeć, lub żyć dalej. To pytanie zaczyna jątrzyć jego jestestwo i pozostawia z niego skorupę. Krążą wśród nas tacy Opróżnieni. Czyż jednak życie nie jest wszystkim co mamy? Z jakiej racji mamy je dobrowolnie oddawać? Może i puste i absurdalne, ale to wszystko co mamy.
Stanięcie w obliczu pustki wymaga aktu wielkiej Woli – odwrócenia się plecami i rzucenia się z furią w wir życia. Żeby wyprodukować sobie Moc. Trzeba zaatakować każdą przeszkodę i rozbić ja w pył. Szczęście jest dźwiękiem pękania korzeni wyrywanego uparcie krzaka. Każdym ciosem zadanym przeszkodzie. Nie jest osiągnięciem lecz osiąganiem. Nie zwycięstwem lecz walką.

12 czerwca 2010

Dzień piętnasty...

12. 06. 2010


Skąd wiesz, że człowiek, z którym się przyjaźnisz, nie byłby w czasie drugiej wojny światowej mordercą, zabijającym automatycznie, machinalnie masy Żydów, za pomocą kurka od gazu? Albo enkawudzistą strzelającym jeńcom w tył głowy nad rowem w głębokim lesie? A może byłby pilotem, który zrzucił atomową bombę na Hiroszimę? A może on by ją wynalazł? Albo uzbroił?
Nie wiesz? A widzisz, to niedobrze.
A kim ty byś był? Ha? Kim? Myślisz sobie, że pewnie raczej niewinną ofiarą, niż katem? A skąd pomysł, że ofiary były niewinne? Wiele ofiar najpierw było katami. Wiele niedoszłych ofiar stało się katami, by nie stać się ofiarami. Może kradłbyś złote pierścienie z tłustych paluchów obżartych trupów?
Myślisz sobie – o co ci chodzi, jestem niewinny. Ależ jesteś, jesteś winny. Winny jak ja i jak wszyscy. Ci co byli, ci co są, ci co będą. Wszyscy jesteśmy katami i ofiarami. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku – naszej smutnej egzystencji.
A teraz idź i zastanów się nad własną winą.

8 czerwca 2010

"Słońce ziemią kołysze..."

Słońce kołysało ziemią. Niebo było czysto niebieskie, ziemia sucha, pokryta jakby kurzem, a powietrze, pachnące pyłem, falowało od gorąca. Cisza. To było pierwsze wrażenie. Absolutna cisza, jakby tego dnia wszyscy postanowili zamknąć się w lodówkach. Był lipiec, okolice południa, a ja postanowiłem wyjść na miasto, pooddychać latem.
Nie było wiatru, nie było ludzi, nie było samochodów i ryczących tirów. Szedłem główną ulicą, a miasto było całkowicie puste. Chwila nie mogła być piękniejsza. Słońce grzało mnie ze wszystkich stron, powodując wyrzut nieodkrytych jeszcze i nienazwanych hormonów całkowitego błogostanu. Było moją heroiną.
Przewędrowałem pustymi ulicami nad jezioro. Wszędzie cudowna cisza. Szum fontanny, odbłyski Słońca na wodzie, głęboka zieleń wygrzewających się drzew. Stanąłem na brzegu i oddychałem wilgotniejszym tutaj, wciąż gorącym powietrzem niemal hiszpańskiego lata. Woda była ciepła i cudowna. Wszedłem do jeziora i położyłem się na plecach, unosząc się na wodzie jak łabędzie pióro.
Dryfowałem. Granice między niebem i Słońcem zatarły się wśród wodnych obrotów – teraz całe niebo było Słońcem. Ciepłe prądy jeziora obracały moim ciałem, na skraju widoczności migały drzewa, fontanna, niebo, Słońce – poczuć to i umrzeć, bo cóż bardziej wartego przeżycia mogłoby być jeszcze w życiu?
Niemal siłą woli wróciłem do brzegu. Nie wiem, ile czasu dryfowałem na granicy między wodą i niebem. Stanąłem na suchej ziemi. Fontanna szumiała, Słońce śpiewało, niebo świeciło. Ruszyłem dalej, przed siebie. Powoli. Dzień ten nigdy się nie skończył, a ja wciąż wędruję. Wędruję w Słońcu, od czasu do czasu kładąc się na granicy między wodą, a niebem.


„Chwilo trwaj, jesteś piękna.”

7 czerwca 2010

"Noc była jasna"



Noc była jasna, przejrzysta, a jednocześnie tak mroczna jak tylko księżycowa noc potrafi być. Blade cienie snuły się pod chodniku, przywołując skojarzenia onirycznych widm i duchów, drżąc i uciekając przed spojrzeniem. Powietrze pachniało jesienią – deszczem, spalenizną, ziemią. Nie lubiła tej mieszaniny, kojarzyła jej się z grobem. Szła szybko, schowawszy ręce w kieszeniach czarnego płaszcza, wpatrzona wprost przed siebie, a stukot jej obcasów rozbrzmiewał echem wśród nocnej ciszy.
W lewej kieszeni miętosiła papierek po czekoladowym batoniku – dowód dietetycznej zbrodni, jakiej dopuściła się w nocnym sklepie. Chciała kupić jeszcze czekoladę, na później, ale sprzedawca patrzył na nią jak na intruza i potencjalnego złodzieja, więc się speszyła. Pomyślała, że to straszne, nie móc nawiązać kontaktu z przypadkowo spotkanym człowiekiem – jakby noc dzieliła umysły, nasilała podejrzenia.
Śpieszyła się – bynajmniej nie dlatego, że ktoś na nią czekał. Mieszkała sama, w niewielkiej kawalerce w starym bloku a la PRL. To było uciekanie od, a jednocześnie uciekanie przez – od nocy i przez noc, z cienia w cień. Już trzecia lampa zgasła, gdy się do niej zbliżała – tajemnicze zjawisko. Serce biło, słyszała je w tej ciszy. Wydawało się, że nie ma nic poza nocą, ale okna ziały podejrzeniem. Wydawało jej się, że z każdej szklanej dziury w mijanych blokach wyzierają czujne, złe oczy, lustrując każdy jej ruch. Nie udawało jej się uchwycić żadnego, patrzące stworzenia szybko umykały gdy tylko odwracała głowę.
Przydrożne drzewa mruczały tajemniczo, wiatr szeptał w żywopłotach, ale najgorsze były kroki. Wiedziała, że to tylko echo wydawane przez jej własne buty, ale niepokój kazał jej się co raz oglądać. Nikogo nie było. A jednak…
Obejrzenie się w lęku za siebie ma tę cechę, że zabiera nam widok z przodu. Nie możemy obserwować naraz całej okolicy, zawsze widzimy tylko fragment. Poczuła tylko uderzenie i przestała czuć.


***


Znaleziono ją nad ranem. Byłby to świetny obraz z lotu ptaka – szary bruk, czarny płaszcz, długie blond włosy i obnażająca brutalną prawdę czerwień. Nie zabrano jej nic, nawet papierka po batoniku. Dołączyła do nocnych cieni, jako jedna z gasnących przed nosem lamp.

5 czerwca 2010

"Podłoga"

Leżał na podłodze. Imiona są tu nieważne, nigdy więcej się nie spotkamy – ważne jest, dlaczego leżał na podłodze. Ostatecznie udające drewno panele nie są najwygodniejszym miejscem do rozmyślań, jeśli pokój jest wyposażony w krzesło, a nawet łóżko. Tak proszę państwa, łóżko! Jednak opuszczone łóżko jest tutaj bez znaczenia.
Atmosfera pokoju nie nadawała się raczej do snucia jasnych rozmyślań nad pięknem świata. Panował półmrok poprzetykany czerwienią – zmyślny efekt czerwonych ścian, czerwonych rolet i czerwonego abażuru, w końcu czego się nie robi dla klimatu w swoim gniazdku. Oddychać też za bardzo nie było czym, gdyż tlen był wyparty papierosowym dymem, resztkami aromatu sandałowego kadzidła i subtelną wonią czerwonego wina, która jednak i tak ginęła w tym ciężkim powietrzu.
Leżał zaś na tej nieszczęsnej podłodze z przeładowania umysłu wieloma rzeczami, których nie mógł zrozumieć i nie chciał zrozumieć. Nic tak naprawdę nadzwyczajnego, ot siedzenie na krześle wydało się trywialne, a podłoga nęciła swoim chłodem i nieprzystępną twardością. Poza tym było w tym coś awangardowego, a zawsze lubił sprawiać kontrowersyjne wrażenie. Co prawda w pokoju nikogo innego nie było, ale któż powiedział, że nie można grać dla siebie samego?
Spróbujmy ujrzeć tę scenę z lotu ptaka – ujrzyjmy oczyma wyobraźni dwudziestoletniego chłopaka, leżącego płasko na plecach na ciemnobrązowej podłodze z paneli. Do krajobrazu należy dodać butelkę wina, dawno pustą oczywiście i oczy. Tak, oczy są tu najważniejsze. A były zmęczone i puste, puste jednak paradoksalnie, gdyż nicość ma za zadanie wywołać wrażenie głębi. Były więc głębokie, a puste.
Cóż można powiedzieć o takim człowieku? Z pewnością nie był banalny. Banalne nie były także jego myśli – od wielu dni miał marzenie, marzenie coraz bardziej rozpaczliwe i coraz bardziej bolesne. Oto do czego doprowadza nadmiar myśli – do marzenia o nieistnieniu.
Paradoksem jest – myślał sobie ów podłogowiec – że tyle ludzi umiera codziennie, a ja nie mogę. Jakby to było takie trudne. Może to jakaś wymyślna tortura psychologiczna, może będę cierpiał tak każdy dzień, a naprawdę jestem nieśmiertelny? To byłby z pewnością szczyt sadyzmu.
Podłogowcowi naszemu kochanemu znudziła się jednak podłoga, wstał i poszedł chwiejnym krokiem do kuchni. Tu więc kończy się nasze małe opowiadanie, oparte na roli kawałka podłogi w życiu kawałka człowieka. Nie wiem, co dalej z nim się działo. Wspomnij go kiedyś przy czerwonym winie, oddając swój umysł we władzę czerwonego półcienia.

Dzień czternasty...



Dziwność nad dziwnościami. Spójrzcie na świat z perspektywy wieków. Ujrzycie miasto złożone z domów, sklepów, bloków, ulic, torów, samochodów, latarni, śmietników. Spróbujcie skonfrontować ten obraz z życiem jednego człowieka, człowieka, który jest taki jak wy, ma osobowość, ma świadomość, rozumie. I pomyślcie, że wszystko to zostało zbudowane przez zbieraninę, przez masę, takich właśnie jak Wy ludzi.
Czyż to nie dziwne? Ot jak powstało miasto. Ktoś walnął se lepiankę tu a nie gdzie indziej, inni postanowili zamieszkać obok. Potem lepianki zmieniły się w chaty, przypełzły ulice, latarnie, samochody, sklepy i śmietniki. Oto i wszystko. Nie było wielkiego planu, nie było celu, sensu i znaczenia – po prostu ludzie, tacy jak Ty, żyli sobie. Pałętali się to tu to tam, tu zbudowali blok, tam hipermarket. Po co? Nie wiadomo. Oni nie wiedzą. My nie wiemy. Nikt nie wie. Absurd.
I każdy człowiek żyje ot tak sobie. No bo co ma robić? Absurd absurdem, a żyć jakoś trzeba. Że bez sensu, wołacie? I co? Co to za argument? Wszystko było bez sensu, a jakoś było i jest. Może nawet będzie.
Ot i właśnie życie. Toczy się niepostrzeżenie, nieuchwytnie. Jest jak coś, co porusza się zbyt wolno byśmy mogli zauważyć ruch patrząc ciągle, lecz jak odwrócimy na chwilę wzrok, już jest gdzie indziej. A może jednak nie? Nie wiadomo.
Jest więc życie ślimakiem świata – ledwo się toto rusza, a jak się nagle rozpleni i rozpałęta to nagle wszędzie będą ślimaki. Pół biedy jak takie ładne, duże, ze skorupką, może nawet białe. Ale przyjdą też te czarne i grube, obślizgłe, ohydne i ogólnie fe. Nawet kulturalnie skonsumować się takie nie dadzą. No ale są, co zrobić?
A Ty? Jakim rodzajem ślimaka jest Twoje życie? Może ślimak nie potrafi obejrzeć się za siebie, żeby stwierdzić, czy ma skorupę, czy nie? To by było takie ludzkie. Nawet tego nie wiadomo. Ale cóż. Taka karma.

29 maja 2010

Dzień trzynasty...

29. 05. 2010


Czy zaszokował was kiedyś fakt, jak odległa jest praktyka od teorii? Jak ogromnie daleko jest od młodego człowieka, który cierpiał tak bardzo, że postanowił powiesić się na kawałku sznurka, do debaty „tęgich umysłów” o przyczynach i zapobieganiu samobójstwom? Przecież te kwestie dzielą całe światy. Jak daleko jest od wizji świata idealnego, gdzie wszystko jest wspólne, każdy jest szczęśliwy, nie ma wyzysku, do Wielkiego Głodu na Ukrainie, więźniów politycznych, NKWD i terroru, terroru tej samej idei? Jak daleko jest od ulotki o działaniu i skutkach ubocznych nowego, wspaniałego leku, do tysięcy zamordowanych i praktycznie torturowanych w laboratoriach zwierząt?
Można powiedzieć, że świat nie jest jednolity, nie jest twardą, zwartą bryłą, jedną, uniwersalną rzeczywistością, Jest raczej skupiskiem wizji, odczuć, idei, widzeń – wielką kupą subiektywnych wrażeń. Słowo kupa jest tu nieprzypadkowe – chaos na świecie nie wynika ani z niezrozumienia, ani z niepoprawnego posługiwania się językiem, jak chcieliby najwięksi głupcy świata – filozofowie. Chaos wynika z tego, że faktów nie ma, że nie ma jednego świata, że każde słowo może znaczyć wszystko.
Każdy jest schizofrenikiem. Dla tych, co nie wiedzą – schizofrenia to zaburzenie psychiczne, polegające z grubsza na tym, że chory odczuwa rzeczy, które nie istnieją realnie i nie potrafi odróżnić ich od rzeczywistości. Ale jeśli rzeczywistości nie ma? Jeśli rzeczywistość to tylko kwestia umowy między ludźmi, umowy nigdy niespisanej i niewypowiedzianej? Wszyscy jesteśmy szaleńcami, czującymi coś, co nie istnieje realnie. Czymże jest w końcu emocja? Prywatnym wrażeniem, pozbawionym realnego odpowiednika.


„Żyjemy na archipelagach”.

26 maja 2010

Dzień dwunasty...

26. 05. 2010


„Człowiek dobrze się mający jest na płaszczyźnie duchowej bez szans. Głębia to wyłączny przywilej tych, którzy cierpieli.”
Emil Cioran

Czy nie mieliście kiedyś wrażenia, że radość jest przyjemna, ale płytka, pusta, pozbawiona wymiarowości? Egoistyczna, mała, wyzuta z sensu i znaczenia...
Co innego ból. Ból jest głęboki. Ból otwiera nowe przestrzenie duszy, a w każdej z nich jest nowe odczuwanie, jeszcze głębsze, jeszcze bardziej dojmujące. Ból domaga się nieskończoności, domaga się ofiary z łez i krwi, domaga się dramatycznego spazmu.
Ale domaga się też wspólności. Czy spazmatyczny płacz, cierpienie wstrząsające naszym ciałem, wykrzywiające twarz i zaciśnięcia palców, nie potrzebuje bycia w czyichś ramionach? Współodczuwanie jest zwielokrotnieniem bólu, jest jego potęgą.
Współczucie cierpienia jest też bardzo głębokim, bardzo prawdziwym uczuciem. Nie nazwę człowiekiem kogoś, kto nigdy nie poczuł bólu, patrząc na dojmujące cierpienie innego stworzenia.
Czyż ból nie nadaje znaczenia? Czy nie przynosi ze sobą sensu, nie przemyca go w głębi wszystkich swoich przestrzeni i wymiarów? Cóż może być bardziej prawdziwe, głębsze, bardziej dojmujące, bardziej sięgające krwi i mięsa naszych ciał?
Współodczuwanie cierpienia jest najgłębszym odczuciem łączącym ludzi. Miłość? Miłość jest przereklamowana i pusta. W miłości jesteśmy idiotami. W bólu jesteśmy ludzi, jesteśmy Chrystusami, współodczuwając ból innej istoty, wieszając się na krzyżu na szczycie góry, by być głębiej. By być bardziej ludźmi.
I w cierpieniu, krew z krwi, transfuzja na głębszych poziomach odczuwania.

12 maja 2010

Dzień jedenasty...

12. 05. 2010


Odpłynąłem na jakiś czas. Ale oto jestem. Powracam niniejszym oficjalnie do radosnej teorii lekkiego życia. Bezsens bezsensem, a przyjemność z istnienia i tak można czerpać. Alternatywa między przyjemnością a cierpieniem nie jest zaś szczególnie skomplikowana.
Człowiek zdaje się zaginać rzeczywistość. Tak bardzo, że wiele zależy od samego spojrzenia. Wbrew ogólnej opinii to nie świat wpływa na nas, tylko my wpływamy na świat. To my interpretujemy bodźce. Wszystko trafia do nas takie, jakim to czynimy. Nawiązując do fizyki, umysł człowieka jest ogromną metafizyczną masą, która może zmieniać orbity ogromnych układów. Zaginamy rzeczywistość. Człowieka trwale smutnego trudno rozweselić, ponieważ jest nastawiony na odbieranie negatywów. Oczywiście, większość to chemia, ale to od naszej woli zależy, co zmienimy i jak ujrzymy. My jesteśmy siłą sprawczą.
Faktów nie ma. Są tylko interpretacje. Nic nie jest trwałą, solidną prawdą. To, że coś nas uwiera, nie znaczy, że to coś jest złe. To znaczy, że źle patrzymy. A jeśli nie chcemy spojrzeć inaczej, możemy odwrócić się i odejść. Wszystko jest zależne od nas, świat jest naszą kukiełką. Modelujemy wszystko, nic o tym nie wiedząc. A przecież możemy choć trochę przejąć kontrolę…
Nie ma złych wydarzeń. Są wydarzenia, które odbierzemy jako złe. Trzeba pracować nad swoim postrzeganiem. Przecież człowiek nastawiony na zło upadnie pod pierwszym ciosem. Potem będzie tarzał się w ziemi. Trzeba zmienić perspektywę.
Praca nad swoim postrzeganiem jest żmudna i wymaga świadomości i woli. Ale opłaca się. Czyż nie jest kusząca perspektywa kontroli nad światem „faktów”?
Trzeba rozpalić w sobie Ogień, podtrzymywać go i w nim się przeistoczyć. To nasza piaskownica.

10 maja 2010

10. 05.2010


Czy iluzja, jaką sobie stworzymy, by poczuć się lepiej, faktycznie nadaje sens światu? Moim zdaniem jednak pozostaje iluzją, urojeniem, jest jak targający się w wodzie tonący – żaden ruch mu nie pomoże, i tak utonie. Możemy nadać sobie sens, jaki tylko chcemy, proszę bardzo – ale to będzie tylko zasłona, to, co jest za nią, nie zniknie. Za sensem urojonym będzie dalej pozbawiony sensu i znaczenia świat.
Jednak wypadałoby jednak nadać jakiś sens, wierzyć w „coś” – albo umrzeć. Czuć się dobrze lub nie istnieć – nie poza tym nie ma sensu. Co jednak, gdy mamy pewną mała wydawałoby się cechę umysłu – mamy problem z wiarą? Jeśli nasze oczy automatycznie przeszywają każdą zasłonę i gubią się w pustce? Jeśli żyjemy z natury zawieszeni w próżni, łapiąc okruchy znaczenia, karmiąc się iluzjami, których jest za mało? Cóż, mamy problem…
Ktoś, kto nie widział jeszcze pustki, którego wzrok nie wypala dziur w zasłonie, a on sam nigdy jej nie uchylił – nie wie nawet, o czym mówię. Nie zrozumie, nie poczuje.
Nie będzie wiedział, jak to jest łapać odłamki sensu, zatracać się w życiu, żeby coś poczuć. Nie będzie wiedział, co to znaczy, będąc wśród rozbawionych ludzi, w samym środku życia, czuć dotyk pustki. Patrzeć na koniec pustym wzrokiem na miejsce akcji – choćby odbyła się tam orgia stulecia. Tak bardzo bez znaczenia…
O tym nawet nie da się za długo pisać. To zbyt puste.

8 maja 2010

Jazz na kwasie...

Życie jest płytkie i puste. Tylko stojące tu i ówdzie błoto stwarza czasem pozory głębi (chyba sparafrazowałem Leca).


Nie czarujmy się - nie ma projektu, inteligencji, sensu, celu. Jest chaos, bzdura, absurd, popędy. Jak się gdzieś zbierze kupka takiego chaosu istnienia, powstaje kałuża błota, która przyciąga swoją "głębią". Jak człowiek, ze swoją "miłością, prawdą, dobrem, wiarą". Wielkie słowa, wielkie słowa - a tu pospolitość skrzeczy.


Cóż nam pozostało, gdy wszystko nic warte? Eviva l'arte. Ostatnie wino, ostatni papieros, ostatnie promyki piękna - daru od chaosu, wyłowione z błota. Trochę pustego seksu, trochę pustych uczuć. I tyle naszego. Koniec końców i tak jest w nas więcej próżni między kwantami niż materii.


Ale wydaje się dość logiczne, by jednak złapać co się da. Choćby łyk wina, trochę dymu i jakiś ochłap nieświeżego, żółtego mięsa, którego nikt już nie chciał pocałować. I spojrzenie na "Madonnę" Muncha. Trochę jazzu na kwasie. Puste spojrzenie przez cały świat, spod czerwonej ściany.


Gdyby tylko nie trzeba było tyle błota omijać, byłoby nawet nienajgorzej.

3 maja 2010

Dzień dziewiaty...

03. 05. 2010


„Rządzimy materią, bo rządzimy umysłami. Rzeczywistość mieści się w mózgu.”
George Orwell, „Rok 1984”


Turbulencje w moim własnym rozumowaniu i pojmowaniu świata stały się przyczynkiem nowego problemu do pisemnego roztrząśnięcia. Co to znaczy „być jakimś”? Jacy w ogóle jesteśmy? Czy to nasze bycie-jakimiś to wartość stała, zmienna? Czy w ogóle istnieje, czy jest kolejnym pustym pojęciem w słowniku?
Moim zdaniem jest to wart
ość stała o tyle, o ile taka będzie w naszym odczuciu. Innymi słowy mówiąc, jest to kolejna wartość relatywna. Należy ją podzielić na dwa zasadnicze czynniki – nasze-o-nas-mniemanie i innych-o-nas-mniemanie, przy czym ten drugi jest oczywiście wartością fikcyjną, bo składa się z niezliczonej ilości opinii, których nawet nie znamy. Z tego względu, a także jeszcze innego, wartość pierwsza, prywatna, subiektywna, ma zdecydowanie większe znaczenie. Tym drugim względem jest jeszcze fakt, że nasza opinia o nas nadaje ton naszemu działaniu. Nie cudza, bo jej nie znamy. W tym mieści się nasza pewność siebie, nasza opinia na temat naszego wyglądu, nasze zdanie o zdaniu innych o nas.
I ten trzeci czynnik jest właśnie pułapką. Nasze zdanie o zdaniu innych o nas. Tak naprawdę zdanie innych nie ma znaczenia dla naszego samopoczucia ani postępowania, ponieważ go nie znamy. Tworzymy sobie o nim tylko wyobrażenie. Są więc ludzie, którzy będą szli przez życie z absolutną pewnością swej zabójczej atrakcyjności, siły itd., są tacy, którzy będą się czuć śmieciami, życiowymi odpadami. Jest to zaś wszystko kreacja naszego umysłu.
Świat mieści się w naszym umyśle. Bez względu na to, czy istnieje obiektywny, absolutny świat, czy nie, my żyjemy tylko i wyłącznie w naszej własnej jego projekcji. A ona jest subiektywna, jest od nas zależna. Z samego faktu jej psychiczności wynika jej podatność na zmiany. Można zmieniać historię, regulować fakty, jak w „Roku 1984”, ale na co dzień regulujemy tylko własny, prywatny świat, na mniejszą skalę.
Nasz umysł filtruje informacje. Niezależnie od nas. Jesteśmy w każdym momencie naszego życia okłamywani przez nas samych. Chociaż okłamywani to złe słowo. Nie dostajemy pełnego obrazu sytuacji. Mówiąc wprost, każdy bodziec z zewnątrz, z obiektywności, jest poddany prewencyjnej cenzurze. Nawet to wszystko, co dostajemy do obmyślenia, jest tylko częścią prawdy. Nie muszę chyba nawet mówić, że to, co świadomie już z tą częściową „prawdą” robimy, zostawia z niej jeszcze mniej. Wszystko jest poddawane konfrontacji z racjonalnym umysłem i emocjami. Emocjami są np. przekonania. Trzeba wielu bardzo racjonalnych dowodów, by obalić przekonanie. A poza tym wtedy nowo uznany fakt sam staje się przekonaniem i kółko się zamyka.
Człowiek jest z natury oderwany od rzeczywistości. Istnieje we własnym prywatnym świecie. Czy nie wydawało wam się czasem dziwne, że oto idziecie we wspaniałym humorze ulicą, kontemplując piękno świata i śmiejąc się od ucha do ucha, a spotkaliście człowieka, który szedł bardzo smutny, a jego świat był tworem złego boga? Albo takiego, który był wypełniony lękiem? A może było odwrotnie – kontemplowaliście ohydę, zło i cierpienie świata, a ktoś bezczelnie i nieczule szedł z szerokim uśmiechem?
Czy naprawdę myślicie, że widzieliście ten sam świat?

„Reszta jest milczeniem.”




„Właśnie fakty nie istnieją, jedynie interpretacje.”
Friedrich Nietzsche

27 kwietnia 2010

Przerwa na oniryczne opowiadanie...

"Roześmiała się, zakręciła, znikła..."




Sen. Sen o rzeczach dziwnych, tak niezwykłych, że aż nie jesteśmy w stanie go zapamiętać. Znów sen. Do świadomości próbują dobić się promyki dawno wstałego Słońca. Waham się między snem, półsnem i jawą. Nie wiem już, co jest czym, świat jest płynny, granice czasoprzestrzeni rozmyły się dawno. Obok mnie jest przejście do twardolistnego lasu na Cyprze, kilka sekund dalej na prawo – moja własna szkoła, tak znana i tak inna. Tak mi się wydaje, może to wcale nie ona. Moje ciało przestało istnieć, nie czuję go. Jestem gdzieś przecież…


Dzień pierwszy, słoneczny


Dzień jak co dzień. Dom, śniadanie, szkoła, rozmowy, dom, obiad, praca, pisanie, rozmowy, sen. Tak teoretycznie powinien wyglądać ten dzień. Ale było w nim coś nieokreślenie niezwykłego, zauważyłem to w cieniach świata umykającego przed wchodzącym Słońcem. Coś tam wirowało, falowało, pojawiało się, by zaraz zniknąć. Zignorowałem to. W końcu zawsze dzieje się tyle dziwnych rzeczy – dlaczego miałbym zwracać uwagę na kolejną? Ale cienie tego dnia były jakby dłuższe, bardziej się opierały…
Rozmowy się nie kleiły. Ludzie podziwnieli, jakby byli nie tam i nie tacy, jacy chcieliby być. Nikt nie wiedział o co chodzi, ale nikt nie dał tego po sobie poznać. Tylko ja wiedziałem – nie wiem skąd, skoro nikt nic nie powiedział. W zaułku ciemnego korytarza siedział jakiś kształt i patrzył na mnie dziwnie. Kazałem mu iść sobie, więc zniknął. Dzień toczył się dalej.
Być może nie zwróciłbym nawet uwagi na jego szczególność, gdyby powietrze nie zgęstniało aż tak mocno. Trudno było się poruszać, trudniej niż zwykle – byliśmy jak w wodze, która falowała w tę i wewtę, a nasze ciała razem z nią. Ściany też to czuły i też się wahały, czy przechylić się bardziej w lewo, czy w prawo. Nie były w dobrej kondycji, ostatecznie miały swoje lata, więc jęczały cicho przy zmianach kierunku. Ludzie byli nieobecni, wpatrzeni gdzieś w głębie przed nimi. Zdenerwował mnie trochę ten marazm, więc poszedłem się przejść. W cieniu spotkałem Dziewczynę, uśmiechnęła się do mnie. Zdziwiło mnie jej istnienie, więc próbowałem się jej przyjrzeć, ale mi się nie udało i ostatecznie nie pamiętam jej – nie z tamtego momentu. Roześmiała się, zakręciła, znikła.
Przez cienistą dziurę w powietrzu przeszedłem do innego budynku. Nie znam go. Jasne Słońce wpadało przez liczne okna. Poszedłem przed siebie długim korytarzem, wsłuchując się w echo mich kroków. Próbowało coś do mnie powiedzieć, ale zdenerwował mnie ten bełkot, więc wystraszyłem je krzykiem.
Spadłem…


Dzień pierwszy, siwy


Siwo-żółte chmury zasnuły niebo. Świat był dziwnie pomarańczowy, przez gęstą ciszę przeszedł pomruk burzy. Powietrze było równie gęste, gorące. Być może to ciepło powietrza barwiło wszystko na gorący pomarańcz.
Wdech. Kolor powoli wpadł nosem do moich płuc, aż zawirowało mi w głowie. Świat zakręcił się dwa razy i stanął, w inne trochę pozycji niż przed chwilą. Potrzeba było trochę dymu…
Przekroiłem na pół pomarańczę, zapachniała lepszym światem. Za drażnienie mnie ideami przeciąłem ją na ćwiartki. Obraziła się i wyszła. Nie spodobał mi się fakt, że moje przekąski wędrują po domu, ale nim zdążyłem ją złapać, wyskoczyła przez okno. Świat jest coraz dziwniejszy – pomyślałem – oto cztery ćwiartki pomarańczy mają umiejętność otwierania okien. Postanowiłem zignorować ten fakt i położyłem się na podłodze. Tak się złożyło, że akurat na suficie dwa refleksy światła tańczyły turniejowe tango. Marni byli, więc zamknąłem oczy.
I spadłem…


Poranek


Ręka mi zdrętwiała, trzymana pod resztą ciała. Było to tak banalnie zwyczajne, że już wiedziałem – oto wróciłem. Za oknem chmury, w pokoju ciemno. Zmusiłem się do wstania – nie wiem po co – i chwiejnym krokiem poszedłem do łazienki, zataczając się trochę resztką Snu…

25 kwietnia 2010

Dzień ósmy...

25. 04. 2010-04-25


„To wielka ulga zrozumieć, że jesteś wolny, że nie masz żadnego powołania.”
Milan Kundera, „Nieznośna lekkość bytu”


Śmierć. Wszystkich nas czeka. Nieważne, czy byliśmy grzeczni, czy nie, czy byliśmy pokorni czy burzyliśmy zwietrzałe ruiny tradycji. Każdy się skończy, nastąpi punkt, po którym nie ma nic. W perspektywie nieistnienia wszystko staje się mniej ważne, traci ciężar. Życie w obliczu całkowitej śmierci staje się nieznośnie lekkie („Nieznośna lekkość bytu”). Można przestać traktować je poważnie. „Nie musimy przyjmować go do wiadomości.”
Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by przejrzeć bajki o życiu po życiu, o duchach, niebach, aniołach, reinkarnacji czy spotkaniu z Bogiem. Życie nie jest niczym więcej niż tylko procesem biologicznym, jesteśmy częścią świata ożywionego i tak jak on – zginiemy, rozdrabniając się na materię. Już teraz nie jesteśmy niczym więcej. Kupką atomów. Procesem.
Zadaj sobie pytanie – „Czym jestem w obliczu nieistnienia?” – i odpowiedz na nie. Dojdziesz niechybnie do wniosku, że niczym, że świat jest pozbawiony celu, sensu i znaczenia, że to wszystko tylko przypadek, że żaden twój ruch nic nie znaczy, że nie ma żadnego ciężaru, że wszystko dryfuje w próżni, a sens jest nadany tylko umysłem.
I owszem tak jest. Nim jednak zostaniesz nihilistą, pomyśl jeszcze – czy to źle? Czy to źle, że wszystko czym się przejmujesz jest bez znaczenia? Że tak naprawdę wolno ci wszystko, że nikt nigdy nie będzie cię karał ani nagradzał za to pozbawione znaczenia życie? Że jesteś wolny? Rozumiesz to? Jesteś wolny! Całkowicie i nieograniczenie. Nic cię nie wiążę, nic, wszystko jest niczym dym, powolnie lewitujący w powietrzu.
Czyż nie jest piękne, że to tylko pozbawiony znaczenia epizod? Że nie jesteś trybem machiny czasu, że twój ciężar jest urojony? Życie odciążone ze znaczenia jest jeszcze piękniejsze. Jest nieznośnie lekkie. Jest perfekcyjne, takie, jakie powinno być życie idealne.
A zatem odciąż się i ciesz lekkością.
Bądź wolny. Idź.

23 kwietnia 2010

Dzień siódmy...

23. 04. 2010


Dziś znów nawiązanie do Freuda. On pierwszy w sprecyzowany sposób opisał cywilizację, społeczeństwo, kulturę, jako źródło cierpienia człowieka. Wszystkie skomplikowane zasady społeczne, składające się na moralność, superego, wszystkie podświadome, biologiczne instynkty w człowieku – id, świadomość człowieka – ego, oraz masę zależności i konfliktów między nimi. Cywilizacja, łącząc to, co było wolne i oddzielne, czyli żywe jednostki, miała za zadanie uchronić je przed zagrożeniami naturalności. I w dużej mierze uchroniła – kosztem wolności właśnie. Gwałt kultury na człowieku powoduje cierpienie. A gwałt wzajemny, ludzi na ludziach, powodowany jest obecną w kulturze nienawiścią.
Cywilizacja nienawiścią stoi. Wszędzie tam, gdzie łączy się autonomiczne jednostki, trzeba stworzyć zasady, wszędzie tam, gdzie tworzy się zasady, tworzą się grupy oraz wykluczeni, a wszędzie tam, gdzie są grupy i wykluczeni, jest cierpienie i nienawiść. Nienawiść do obcego, do tego, który jest spoza, który nie spełnia i nie należy. Ośmiela się być inny i to manifestować, manifestować to, że nie należy! Jest brudem na płaszczyźnie ideologicznej czystości, jest zakłóceniem jedności, na niego zostają przeniesione problemy społeczności i on poniesie za nie odpowiedzialność. Jeśli zostanie wyeliminowany, problemy społeczności wcale nie znikną, bo nie przez niego były powodowane, grupa znajdzie więc innego kozła ofiarnego. Nienawiść jest urojonym remedium na każdy ból, jakby można było swoje cierpienie przenieść na obcego, ukarać go za swoje grzechy. Jest to nienawiść zewnętrzna.
Istnieje także nienawiść wewnętrzna, wewnątrz każdej grupy. Grupa dzieli się na mniejsze kręgi i ustala ich hierarchię, zasady i porządki się komplikują, nikt już nie ma nad nimi kontroli, maszyna zaczyna działać sama z siebie. Wprowadzone wcześniej zasady stają się transcendentne, z prawa awansują na poziom tradycji, która jest już sferą sacrum. Tradycją może być to, że kobieta nie ma żadnych praw, to, że dziesięcioletnią dziewczynkę można wydać za sześćdziesięcioletniego mężczyznę i oczekiwać od takiej żony egzekucji seksualnych zobowiązań kulturowych. Może być to fakt, że kobiety mogą być ze sobą nawzajem bliżej niż mężczyźni lub to, że niektórych rzeczy po prostu nie wolno. Dlaczego? Tradycja. Tradycja jest świętym uargumentowaniem każdego gwałtu na człowieku, wszystkiego można zabronić i wszystko można nakazać, jeśli jest to w jej imieniu.
Ludzkość wyodrębnia siebie od zwierząt, tych, którzy robią coś kulturowo strasznego, nazywają zwierzętami, bestiami. Dają tym samym wyraz temu, że ich zdaniem tacy ludzie „nie należą”, są poza. Tymczasem my wciąż jesteśmy zwierzętami i wciąż bestialsko gwałcimy psychikę ludzi i zwierząt, powołując się na tradycję, grupę, czy wyższość Nas nad nimi. Jesteśmy potworami, z oczami wypełnionymi nienawiścią i pianą wylatującą z dzikich pysków, jesteśmy największymi hipokrytami i jednocześnie największymi ślepcami żywego świata. Jesteśmy źli. Wszyscy bez wyjątku. Jesteśmy źli pod pretekstem dobra i niszczymy pod pretekstem budowania. Zakazujemy w imię tradycji, poniżamy w imię wartości.
Cała kultura kręci się dzięki nienawiści. Nienawiść jest źródłem energii, prowadzimy cykl, w którym ludzie są spalani w procesie cierpienia, produkując energię społeczną. Cywilizacja śmierdzi palonym ludzkim mięsem i pyłem z roztrzaskanej psychiki. Jesteśmy niszczycielami.



22 kwietnia 2010

Dzień szósty...

22. 04. 2010


Tematem dnia dzisiejszego jest uroda. W pewien dość (bardzo) luźny sposób łączy się ten temat z miłością. Co sprawia, że ktoś nam się podoba? Oczywiście, na pierwszym miejscu będzie czysta biologia, wynikające z ewolucji przychylniejsze spojrzenie na zdrowe włosy, czystą skórę, odpowiednią budowę, ładne zęby – objawy dobrej kondycji, którą trzeba zapewnić potomkom. Jednak to nie wszystko. Spełnienie warunków natury biologicznej awansuje nas tylko do poziomu możliwości, opcji ewentualnej kopulacji. Wielu ludzi spełnia te podstawowe założenia. Ale my jednak patrzymy głębiej.
Jeśli chodzi o masowe bóstwa urody, spełniają one pewnie perfekcyjnie biologiczne założenia. Jest jednak pewien zgrzyt – dlaczego ludzkość przeszła od kultu kobiety mocno zaokrąglonej do kultu kobiety szczupłej? Dlaczego ciała musiało ubyć? Jest to jawny sprzeciw wobec faktu, że kobieta dobrze zbudowana dobrze sobie radziła w życiu.
Freud rozróżniał w człowieku dwa przeciwstawne popędy – Eros, siłę życiową, popęd seksualny, witalność, twórczość, oraz Tanatos, pęd ku śmierci, wolę zniszczenia, popędy destruktywne. Jeśli przyjrzeć się kwestii tłustości kobiecego ciała w kontekście czasów obowiązywania danych kanonów, można wysnuć ciekawy wniosek – im społeczeństwo jest bardziej syte, tym kobieta ma być chudsza.
W kontekście freudowskim można to zinterpretować tak – bogactwo, sytość społeczeństwa, wyznacza poziom spełnienia wymogów Eros. Dziś ludzie mają wszystko, o nic nie muszą walczyć, wszystko jest na wyciągnięcie ręki, walczymy już tylko o lepiej – bo lepsze wrogiem dobrego. Eros jest spełniony, Tanatos jest nienasycony. Kobieta musi być chuda, bo będąc taką, spełnia ludzkie pragnienie ku śmierci. Jest sama bliżej śmierci, nie przetrwałaby w naturalnych warunkach. Szczupłe ciało dzisiejszej kobiety jest symbolem woli śmierci.
Panuje przesyt. Walczymy dziś tylko o ciągłe lepiej, wciąż i wciąż jeden krok dalej. Ludzkość stałą się wynaturzeniem – w naturze panuje Chaos, który jest równowagą pomiędzy Życiem i Śmiercią. W naturze panuje ból i cierpienie, pospieszne spełnianie popędów, w obliczu Śmierci. My dekadencko machamy ręką na fakty świata naturalnego i bulwersuje nas śmierć czterdziestoletniego człowieka w wyniku błędu lekarzy. Osiągnęliśmy nieznany wcześniej naturze szczyt dekadencji – musimy sami niszczyć, by móc istnieć dalej, by tanatyczne moce nie przegrały z Życiem.
Świat jest paradoksalnie upadły przesytem Życia.

Dzień piąty...

21. 04. 2010


Świat ma w zanadrzu wiele wiecznie nierozstrzygniętych kwestii. Wiele jest mielonych do znudzenia, ale wciąż jest kilka wartych zainteresowania. Na przykład kwestia wolności ludzkiej woli. Z jednej strony biologizm człowieka, leki psychotropowe, z drugiej psychoterapia. Z jednej strony Schopenhauer, świat jako przedstawienie, bez-wolność woli, z drugiej egzystencjalizm, egzystencja wyprzedzająca esencję, oraz nietzscheanizm – twórcza moc nadczłowieka.
W tym wszystkim brakuje podstawowego rozdzielenia – rozum i emocje. Większość ludzi tak naprawdę nie panuje nad swoimi emocjami, ale fakt, że są one umiarkowane i względnie spokojne sprawia, że panującym poglądem na ten temat jest całkowita wolność woli i człowieka. Człowiek, zdaniem tych ludzi, może dowolnie zmieniać swoje odczucia. Jest to bardzo krzywdząca interpretacja. I bardzo nieprawdziwa – jak większość masowych twierdzeń. Ludzie ci, pozornie panujący nad sobą, tak naprawdę są niewolnikami emocji. Człowiek jest z natury niewolnikiem swych emocji – fakt, że emocje te są względnie neutralne sprawia, że myślimy, że nad sobą panuje. Dopiero człowiek, którego emocje są jak morze podczas burzy, może zrozumieć, jak jest naprawdę. Bo zrozumieć znaczy poczuć.
Umysł jest podzielony na dwie sfery – racjonalną, analityczną, maszynę do liczenia, weryfikowania, logiki, oraz emocje – pozbawione kontroli. Umysł racjonalny musi mieć kontrolę. W praktyce bardzo rzadko tak jest – ludzie ulegają złudzeniu wolności. Kontrolę jednak można uzyskać – konieczna jest do tego przede wszystkim świadomość braku kontroli, jako punkt wyjściowy, oraz praca na sobą. Paradoksalnie więc człowiek targany skrajnymi emocjami ma większą szansę na uzyskanie kontroli – bo zdaje sobie sprawę, że jej nie ma.
Emocje nie mają prawa dominować nad Życiem. Nie mają prawa stać się esencją człowieka. Życie jest wtedy pozbawione ładu, ciągłości, w którymś momencie, prędzej lub później, urwie się, zmieni, trzeba będzie zaczynać od nowa. Kontrola umysłu pozwala zachować ciągłość – emocje są wtedy narzędziem, zmysłem, jak smak czy dotyk. Służą. Nie kontrolują.
Czuciowiec musi dążyć do kontroli nad emocjami, bowiem tylko używając uczuć jak zmysłów, można poznać całą gamę smaków świata – zamiast być tylko smakiem chwili, dłuższej lub krótszej.
Potrzeba nam twardego podłoża, by budować na nim Życie. By Tańcząca Radość nie zrujnowała prowizorycznej, emocyjnej podłogi. Trzeba budować na skałach.

Dzień czwarty...

15. 03. 2010


„Człowiek, którego wiedzie poczucie piękna, przemieni przypadkowy zbieg okoliczności (...) w motyw, który już pozostanie w kompozycji jego życia. Wraca do niego, powtarza go, zmienia rozwija – jak kompozytor temat swej sonaty.”
Milan Kundera


Tradycyjnie, w sobie tylko znany sposób, odpłynąłem od początkowego tematu, więc piszę dziś jeszcze raz. Kim jest ten wciąż przywoływany przeze mnie czuciowiec? Skojarzenia z hedonizmem są dobre, aczkolwiek nieprecyzyjne. Jeśli zaś chodzi o pochodne hedonizmu, jest ich kilka – wywyższanie przyjemności cielesnych (nie Take znów złe zresztą), konsumpcjonizm, oraz epikureizm. Epikurejczycy są duchowymi hedonistami, a ich zdaniem szczęściem jest już brak cierpień. Moim skromnym zdaniem brak cierpień to dopiero dobre podłoże do szczęścia, ale cóż – tak twierdzili.
Czuciowiec nie jest nikim z powyższych. Jest człowiekiem skierowanym na odczucia, emocje, wrażenia, ulotne impresje. Kimś, kto dostrzeże piękno tęczy nie tylko w niej samej, ale także w jej ulotności. Kimś, kto z krótkości i żałosności życia potrafi uczynić jego największą zaletę. Kimś, kto potrafi kierować się pięknem i tworzyć piękno. Kimś, kto potrafi dostrzec piękno w brzydocie. Dekadent, turpista, platonik, nietzscheanista, hedonista, asceta, sędzia przestępca, prokurator, rzeźbiarz i jego rzeźba – w jednej osobie.
Czuciowiec to ktoś, kto nie boi się bólu. Złe doznania też są doznaniami, ba, zazwyczaj są w oczywisty sposób intensywniejsze od dobrych. Nie unika życia, nie ogląda go i nie przeżuwa – przeżywa, odczuwa. Intensyfikuje wszelkie doznania.
Jest człowiekiem wolnym i daje wolność innym. Nikogo nie poucza, jak ma żyć, reaguje jednak, gdy ktoś czegoś zabrania. Nienawidzi zakazów, ograniczeń. Człowiek jest przeznaczony do wolności, do wolności indywidualnej, takiej, jakiej chce.
Człowiek lekki i ciężki zarazem. Fascynujący, niezwykły, inspirujący. Tym chcemy się stać! Tacy bądźmy!
Poeci wycia wiatru na brutalnych skałach życia i śmierci.

Dzień trzeci...

15. 03. 2010


Dziś upływa pod znakiem niepokoju. Niepokój to uczucie, które można porównać do czekania na egzekucję – pomijając fakt, że egzekucja się nie odbywa. Teoretycznie to dobrze, praktycznie sprawia to, że czas niepokoju jest niczym nie ograniczony. Napięcie. Często można usłyszeć od ludzi jakieś głupie rady, w stylu „weź się w garść”, „wystarczy się nie przejmować”. Jeśli usłyszysz takie słowa, znaczy to, że masz do czynienia z człowiekiem ograniczonym, z takim, który „nie rozumie”. Od razu możesz oszczędzić sobie tłumaczenia mu swojego problemu i powodów, dla których nie możesz po prostu wziąć się w garść – nie pojmie tego.
Ludzie prości wciąż wierzą, że człowiek to tylko i wyłącznie wola. Że jego decyzje są całkowicie swobodne, niczym nie zdeterminowane. Najgłośniej jak tylko mogą domagają się kary śmierci za bestialski gwałt – ale nikt nie zada pytania, jak to się stało, że człowiek upadł tak nisko, żeby dojść do zbrodni? Jak wyglądało jego życie, jak on się czuł, dlaczego to zrobił? Co można zrobić, żeby zapobiec kolejnym gwałtom? Przecież nie gwałcą ludzie szczęśliwi. Spełnieni, syci ludzie nie popełniają morderstw. Nie wrzeszczą na wszystkich dokoła. Nie chodzą wewnętrznie rozdygotani, niepewni siebie, targani tak silnymi żądzami i sprzecznymi emocjami, że nie potrafili się powstrzymać od zbrodni.
Tak tak, nie dostrzegamy cierpienia „winnych”. Oni już zostali osądzeni, niegodni. A przecież świat nie jest czarno-biały. Nie dzieli się na katów i ofiary. Świat jest złym, okrutnym miejscem, w którym trzeba swoje zacisze mieć albo wywalczyć. Albo polec i cierpieć. Społeczeństwo odpowiedzialne, w którym ludzie naprawdę pragną być szczęśliwi i wiedzą, jak to osiągnąć, to takie, w którym rozumieją proces, który doprowadza do tzw. „zła”. I potrafią w tym procesie dostrzec swój udział, zauważyć moment, w którym dołożyli cegiełkę do kolczastego brzemienia pewnego człowieka. Świadomie lub nie. Nikt nie jest bez winy. Nikt nie jest czysty. Tylko w gestii naszej dobrej woli leży zrozumienie psychologicznych podstaw działalności człowieka i postępowanie tak, by korzyść była ogólna.
Potoczne rozumienie tzw. „dobra” i „zła” to nieporozumienie. „Dobro” ani „zło” w ogóle nie istnieją. To puste pojęcia, stworzone po to, by siebie można ustalić na dokładnie drugim końcu skali, niż winnego. Największa zbrodnia każdej religii to dzielenie, m. In. na dobro i zło. To pozbawione znaczenia pojęcia, jak plus nieskończoność i minus nieskończoność w matematyce. Ani jedno ani drugie fizycznie nie istnieje, jest hipotezą ludzkiego umysłu. Istnieje za to dokładnie calutkie spektrum wartości między nimi. Dokładnie tak samo jest z dobrem i złem – skrajności nie istnieją, są odcienie, na dodatek migoczące różnymi barwami, zależnie od której strony się spojrzy.
Ponadto należy zdawać sobie sprawę, gdy patrzymy na mordercę, znienawidzonego prze cały świat, że oto - „to mogłem być ja”. Bo mogłeś. Po prostu stało się inaczej. To, że siedzisz teraz i czytasz w spokoju ducha, nie jest wynikiem twojego świadomie dobrego zachowania. Jesteś zdeterminowany, nie całkowicie, ale w dużym stopniu.
I zawsze, gdy zobaczysz anty-wzór, zastanów się, jak do tego doszło. Jak on się czuje. Co musiałoby się stać, byście mogli zamienić się rolami. Poczuj ból jego życia – przecież tylko o czucie w tym wszystkim chodzi.

Dzień drugi...

14. 04. 2010


A oto i dzień drugi. Jeszcze mi się nie odechciało. Dzień dziwny. Upływa pod znakiem „się zastanawiania”. Myślę dzisiaj nad tym, czymże jest miłość. Co znaczy kochać kogoś? Oczywiście, znajdziemy wszędzie gotowe, urocze definicje – chrześcijanie uraczą nas miłością bożą, uświęcającą siłą nadludzkiego pochodzenia, biolodzy hormonami i impulsami elektrycznymi w układzie nerwowym. Żaden z gotowców mi nie wystarcza.
Trudno spierać się z faktami, a obiektywnie, naukowo potwierdzonym faktem jest, że miłość to proces chemiczny. Wielu ludzi by się w tym momencie oburzyło, jednak nie w tym stwierdzeniu niczego niewłaściwego. Ostatecznie życie, myślenie, chodzenie, umieranie – to wszystko też są procesy fizykochemiczne. Nauka podaje nam suchy fakt, nic z niego samo z siebie nie wynika. Poza tym, że jest natury materialnej. Dla nas absolutnie niczego to nie zmienia – nawet jeśli miłość to tylko chemia, jest wciąż tą samą siłą, która napędzała artystów wszystkich czasów, która powodowała wielkie dramaty i wielkie, prywatne uniesienia. Tak właśnie, prywatne. Chemiczność miłości w niczym nie zmienia faktu, że dla nas jest ona wciąż tak samo niezwykłym doznaniem, jak wtedy, gdy przypisujemy ją nadludzkiej energii. Aspekt prywatny jest nienaruszony. A cóż poza aspektem prywatnym, w ogóle się liczy? Jest więc miłość wciąż tą samą siłą, łączącą dwójkę (a czemuż niby nie więcej? Postuluję miłość grupową! Każdemu według potrzeb!) całkiem obcych, różnych ludzi. Dwie egzystencje postanawiają wieść wspólne bytowanie. Jakiekolwiek będą przyczyny tego zjawiska, ono samo wciąż jest piękne i warte uwagi.
Ludzie jednak, prawdopodobnie ze strachu przed opuszczeniem, stają się dla siebie więzieniem, wiążą się nawzajem siecią powiązań, zależności, obowiązków, powinności, odpowiedzialności, że już nie są wolni. By sobie coś udowodnić, by uczynić miłość taką, jaka według nich powinna być, pozbawiają są wolności. A wolność właśnie jest kluczowym aspektem prawdziwej miłości. Miłość musi być dodatkiem, wynikać sama z siebie, być po prostu, niczym nie związana, nie skrępowana, jak wonny, ciężki dym sandałowego kadzidła, wypełniający sobą cały pokój, ulotny, zwiewny. Można się w nim poruszać, ale się nim przesiąka. Nie ogranicza, ale pozostaje. Trwa. Związek ludzi pragnących prawdziwej miłości, powinien być otwarty, wolny, pozbawiony zawiści, resentymentu, świętego „Musisz!”. Cóż może zabić miłość szybciej niż obowiązek? Wracając do kadzidłowego dymu, miłość w małym, hermetycznie zamkniętym pokoju, w którym dwoje ludzi trwa jak uwięzione w sidłach kłusownika leśne zwierzęta, staje się duszna, gryząca, przeistacza się w smród i zabija powietrze. Biedne ofiary leśnego łowcy powoli się w nim duszą. Na własne życzenie.
Czuciowiec powinien dążyć do miłości prawdziwej, wolnej, tej jawiącej się jako zapach kadzidła. Nigdy nie wolno się ograniczać. Należy współbytować, nie współgnić.
Miłość ponadto nie powstanie z desperacji. Nie będzie wynikiem rozpaczliwego szukania ideałów. Po prostu się znajdzie. A jeśli nie, to trudno. Należy próbować. Żyć znaczy mieć możliwość. A przede wszystkim trzeba mieć, zawsze!, o czym rozmawiać. Jeśli ludzie nie potrafią prowadzić ze sobą długich, fascynujących rozmów, to jak mają ze sobą bytować? Któż mógłby wpaść na taki pomysł? Pewnie desperaci, albo ci, co pędzą za iluzjami. To nie dla czuciowców.
Platon w „Uczcie” kreśli mit o miłości. W micie tym ludzie byli na początku hermafrodytami, ale bogowie uznali, że są zbyt potężni, więc rozdzielili każdego człowieka na mężczyznę i kobietę, którzy potem zawsze będą szukać swojej drugiej połowy, by móc się połączyć. Mit ten jest jak cała filozofia Platona – piękny i poruszający marzycielskie, romantyczne dusze, ale bzdurny jak nie wiadomo co. Ludzie nie są sobie przeznaczeni. Miłość jest dziełem przypadku, jest czymś, co tworzymy, jest dziełem sztuki. Ba, współdziełem! Nie ma czegoś takiego jak konieczność. Nie zbłądźcie nigdy w platonowe rozumienie miłości, bo nie będziecie szczęśliwi. Kto szuka ideałów, kończy jako cynik. Zawiedziony i zgorzkniały.
A zatem idźcie pracować nad swoją miłością. Z kim, w ile osób – to nie moja sprawa. Róbcie jak chcecie i jak czujecie. To wam ma by dobrze. Zawsze o tym pamiętajcie.

Dzień pierwszy...

13. 04. 2010




No i stało się. Dopadła mnie grafomania. Ale w końcu czymś trzeba zabijać sobie czas do śmierci, czyż nie? Zwłaszcza, jeśli nie ma obawy, że ktokolwiek będzie musiał czytać moje wypociny. Niniejszym rozpoczynam dziś pisanie kroniki, acz nastawionej raczej na zjadliwe i cyniczne komentarze niż opisy z życia wzięte, bo nie mam co robić – błąd – bo nie chce mi się robić tego, co powinienem robić i potrzebuję dowodu dla siebie samego, że nie jestem śmierdzącym leniem, którzy skończy z niczym. Oto było słowo wstępu.

Jeśli zaś chodzi o opisy, żeby nikt nie posądził mnie oto, że tytuł „Kronika” jest tylko przykrywką dla lamentów młodego zblazowańca – czas goni. Jak zwykle. Nie wiadomo do końca dokąd, a już szczególnie po co, ale goni. Za trzy tygodnie matura. Życie moje się waży i tak dalej. Jak widać jestem tym aż tak przejęty, że piszę sobie jakieś bzdury do wyimaginowanego nikogo zamiast się uczyć.

Przyszłość to w ogóle jakieś dziwne pojęcie. Oznacza coś, co nigdy nie istniało, nie istnieje, ani istnieć nie będzie – ostatecznie jak już nastanie jutro, będzie to dzisiaj. Przyszłość idzie i idzie, ale nigdy nie nadchodzi – jest jak tajemnicza osoba, zmierzająca w naszą stronę, zbliża się powoli, wydaje się, że nieuchronnie, nagle znika, rozglądamy się niespokojnie, a ona nagle wyskakuje z próżni i wbija nam nóż w plecy. I odchodzi. W niebyt.

Przenoszenie swojego życia w przyszłość jest więc bezsensowne – jeśli wszystko zaczniemy robić z myślą o jutrze i każdego kolejnego jutra będziemy przekładać je na wciąż następne jutro – życie nasze przeminie, odłożone poza czas, poza istnienie. Nie zauważymy nawet kiedy to się stanie, będziemy zbyt zajęci wyczekiwaniem jutra, żeby dojrzeć, że dziś starzejemy się i umieramy, że nasze ręce niszczeją w ciężkiej pracy, ręce, które mogły być piękne, zwiewne, efemerycznie kreślić secesyjne linie w chmurze wiecznego bezsensu.

Po cóż więc dziś myśleć o jutrze? Jutra nigdy nie będzie! Wykorzystajmy „dziś” jak najmocniej, poczujmy wszystko, co da się poczuć (jak coś się nie da poczuć, możemy to ofukać) – może i nie będzie to więcej warte od pracy, może nie nada sensu, celu i ciężaru, ale będzie przynajmniej przyjemne. W świecie pozbawionym sensu i wartości, przyjemność to już coś. Czyż nie?

I oto właśnie wpadł mi do głowy nowy pomysł na to coś, co jeszcze nie wiem czym jest – czyż nie jest piękne móc obserwować jak „to” się tworzy? – oto będzie podręcznik czuciowca, nowego człowieka, poruszającego się z wdziękiem pośród mgły absurdu, wśród muzyki ze starego cyrku.
Zatem, czuciowcy, gotowi do drogi?

Początki...

Teknięty impulsem, z powodów nieznanych, stworzyłem to coś. Być może komuś się spodoba, być może komuś do czegoś się przyda. Byc może.

Nie wiem. Tak po prostu.