6 grudnia 2010
ruina
spójrz
oto życie dobiega końca
pękają kolumny wybuchają okna
jazgot gnącej się stali ze zbrojeń ścian
agonalny wrzask gmachu
marmury we krwi ludzi zabitych kawałkami sufitu
fortepian w drzazgach
tłum zadeptuje się w panicznej ucieczce
pielgrzymce ku śmierci przez okno na bruk
stoję i patrzę
oto życie dobiega końca
pękają kolumny wybuchają okna
jazgot gnącej się stali ze zbrojeń ścian
agonalny wrzask gmachu
marmury we krwi ludzi zabitych kawałkami sufitu
fortepian w drzazgach
tłum zadeptuje się w panicznej ucieczce
pielgrzymce ku śmierci przez okno na bruk
stoję i patrzę
26 listopada 2010
Spójrz mi w oczy kochanie
żebym mógł je odwrócić
bezczelnie patrzeć w inną stronę
i modlić się do ciemnego boga
żeby cię bolało
bardzo
Dotknij mnie kochanie
żebym mógł cię ugryźć
wbić kły w twoje mięso
i poczuć słodycz krwi w ustach
żeby cię bolało
bardzo
Przyjdź do mnie kochanie
lecz to droga przez dżunglę
nocą, gdy dzikie koty
czyhają na drzewach
żebyś się przeraził
i uciekł
Nienawidzę cię kochanie
za to, że muszę cię kochać
za twoją żałosność i moją
i za to, że stoisz tak daleko
i robisz
nic
Ja tu ginę kochanie
nie wpuszcza się promyka światła
do mrocznej jamy pająka
który żył w ciemności
od zawsze
sam
Ktoś musi umrzeć kochanie
żebym mógł je odwrócić
bezczelnie patrzeć w inną stronę
i modlić się do ciemnego boga
żeby cię bolało
bardzo
Dotknij mnie kochanie
żebym mógł cię ugryźć
wbić kły w twoje mięso
i poczuć słodycz krwi w ustach
żeby cię bolało
bardzo
Przyjdź do mnie kochanie
lecz to droga przez dżunglę
nocą, gdy dzikie koty
czyhają na drzewach
żebyś się przeraził
i uciekł
Nienawidzę cię kochanie
za to, że muszę cię kochać
za twoją żałosność i moją
i za to, że stoisz tak daleko
i robisz
nic
Ja tu ginę kochanie
nie wpuszcza się promyka światła
do mrocznej jamy pająka
który żył w ciemności
od zawsze
sam
Ktoś musi umrzeć kochanie
szyba
siedzę przygarbiony
świat dzieje się gdzieś
za szybą oknem
uchylonym i tylko wiatr
niesie zapach ludzi
ciepłej radosnej krwi
hormonów szczęścia
ale jest zimny
okrutny
przytulam usta do zimnej szyby
próbując dosłyszeć wołanie
cisza
pokój wiruje powoli
obluzował się odpada
od świata
spadnę w nim
ku nieskończoności
w dół
patrząc przez szklane ściany
na blask ognia
coraz dalej
zamarznę cicho
przytulony do szyby
z wielkim odłamem lodu
wbitym w klatkę piersiową
cisza
świat dzieje się gdzieś
za szybą oknem
uchylonym i tylko wiatr
niesie zapach ludzi
ciepłej radosnej krwi
hormonów szczęścia
ale jest zimny
okrutny
przytulam usta do zimnej szyby
próbując dosłyszeć wołanie
cisza
pokój wiruje powoli
obluzował się odpada
od świata
spadnę w nim
ku nieskończoności
w dół
patrząc przez szklane ściany
na blask ognia
coraz dalej
zamarznę cicho
przytulony do szyby
z wielkim odłamem lodu
wbitym w klatkę piersiową
cisza
19 listopada 2010
Krwi i głów
Od niepamiętnych czasów, przez całą historię ludzkości – od pierwszych klanów, po liberalne demokracje – światem rządzi jedna dyktatura. Dyktatura piękna. Rządzi niepodzielnie i bezwzględnie, arbitralnie dzieli rzeczy na lepsze i gorsze, jednym dając szansę, inne skazując na potępienie za życia. Uzurpuje sobie prawo do bycia wartością i tę ohydną tyranię zatwierdzali kolejni „myśliciele”. Platon i jego totalitarne państwo, Arystoteles, który miał czelność nawet systematyzować piękno. Filozofowie chrześcijańscy, którzy utożsamiali je z boskością. Idealiści – tworzyli z niego nieśmiertelną figurę idei. Racjonaliści – którzy dostrzegali je w ludzkim umyśle. Hedoniści – którzy nim tylko kierowali się w życiu. Zwykli ludzie, trybiki w wyzutej z sensu machinie ewolucji, widzieli w nim „Dobro”. „Wartość”. „Cel”. Deifikowali je, zapominając zupełnie, że to tylko manifestacja zwierzęcego popędu seksualnego, że „piękno” jest tylko sygnałem – „Z nim chcesz kopulować!”. Nic więcej.
Ale nadszedł czas. Czas, by odrzeć „piękno” z jego boskich szat, by odrzeć je ze skóry, wydłubać oczy, zedrzeć krwawiące mięso i postawić – przed całym światem – takim, jakim jest. Tym, czym jest. Przegniłym szkieletem, brudną suką z cieczką. Danse macabre brzydkich, brudnych, chorych, spaczonych, wynaturzonych zwierząt, pod billboardami domów mody. Orgią brudu. Zwierzęcą chcicą. Czas pokazać, że nie różni się niczym od tanatycznej żądzy zgwałcenia pięknej, młodej, świeżej i krwistej kobiety, przez zasyfionego menela spod sklepu z tanim alkoholem. Od mdlącej potrzeby rozkoszowania się czyimś cierpieniem, wyrywania mu paznokci i wypruwania flaków. Najniższym z możliwych instynktów.
Ale to nie koniec. To nie może się tak zakończyć. Tyle cierpienia zostało zadane w jego imię. Trzeba przelać tę krew w drugą stronę. Dużo krwi. Krew powinna płynąć ulicami. Rzeki powinny spłynąć krwią! Powinny spaść głowy – najpierw tych ikon z plakatów. Głowy, włosy, skóry, paznokcie i cokolwiek tam jeszcze w sobie mają. Trzeba rozedrzeć ich na strzępy na samym środku świata. Potem pójdą piękni i ładni, zadbane pieski i urocze kotki. Spłoną i runą w gruzach katedry, personifikujące ideę boskiego piękna. Jako brzydkie ruiny staną przed nami cuda architektury, staną przed nami tym, czym są, nie tym, za co je przebrano. Spłoną obrazy, książki, poematy. Spłoną parki i ławeczki. Spłoną lasy, wiewióreczki. Trzeba zniszczyć wszystko, cios za ciosem, aż świat pokryję się czerwienią pożaru i krwi.
A my, bękarty piękna, szczury jego lochów, wyjdziemy. I pożremy. Nasze pchły zadżumią świat, nasz pisk, który przejdzie w ryk, stłumi swą kakofonią wszelką muzykę. Będziemy grać w piłkę głowami modelek, uszyjemy sobie ubrania z ich skór.
Nasz czas nadchodzi. A ty, Piękny, spójrz w oczy napotkanemu brzydalowi, głęboko. Tak głęboko, aż ujrzysz w nich nienawiść, oceany nienawiści.
Zasłużonej.
Ale nadszedł czas. Czas, by odrzeć „piękno” z jego boskich szat, by odrzeć je ze skóry, wydłubać oczy, zedrzeć krwawiące mięso i postawić – przed całym światem – takim, jakim jest. Tym, czym jest. Przegniłym szkieletem, brudną suką z cieczką. Danse macabre brzydkich, brudnych, chorych, spaczonych, wynaturzonych zwierząt, pod billboardami domów mody. Orgią brudu. Zwierzęcą chcicą. Czas pokazać, że nie różni się niczym od tanatycznej żądzy zgwałcenia pięknej, młodej, świeżej i krwistej kobiety, przez zasyfionego menela spod sklepu z tanim alkoholem. Od mdlącej potrzeby rozkoszowania się czyimś cierpieniem, wyrywania mu paznokci i wypruwania flaków. Najniższym z możliwych instynktów.
Ale to nie koniec. To nie może się tak zakończyć. Tyle cierpienia zostało zadane w jego imię. Trzeba przelać tę krew w drugą stronę. Dużo krwi. Krew powinna płynąć ulicami. Rzeki powinny spłynąć krwią! Powinny spaść głowy – najpierw tych ikon z plakatów. Głowy, włosy, skóry, paznokcie i cokolwiek tam jeszcze w sobie mają. Trzeba rozedrzeć ich na strzępy na samym środku świata. Potem pójdą piękni i ładni, zadbane pieski i urocze kotki. Spłoną i runą w gruzach katedry, personifikujące ideę boskiego piękna. Jako brzydkie ruiny staną przed nami cuda architektury, staną przed nami tym, czym są, nie tym, za co je przebrano. Spłoną obrazy, książki, poematy. Spłoną parki i ławeczki. Spłoną lasy, wiewióreczki. Trzeba zniszczyć wszystko, cios za ciosem, aż świat pokryję się czerwienią pożaru i krwi.
A my, bękarty piękna, szczury jego lochów, wyjdziemy. I pożremy. Nasze pchły zadżumią świat, nasz pisk, który przejdzie w ryk, stłumi swą kakofonią wszelką muzykę. Będziemy grać w piłkę głowami modelek, uszyjemy sobie ubrania z ich skór.
Nasz czas nadchodzi. A ty, Piękny, spójrz w oczy napotkanemu brzydalowi, głęboko. Tak głęboko, aż ujrzysz w nich nienawiść, oceany nienawiści.
Zasłużonej.
14 listopada 2010
koniec
nie powinien boleć
powinien być powolny
stopniowy i metodyczny
powinien być zanurzeniem
w gorącej krwi łona matki
uciszać hałas życia, krzyki
pusty śmiech pusty płacz
oddalić smród świata
ohydnych oddechów
wyłączyć dotyk
ludzi, którym wydaje się
że wiedzą i że są
usunąć z ust posmak trupów
którymi się żywiliśmy
i ludzi
którymi się łudziliśmy
być czerwienią przechodzącą w ciemność
oddalić nas od bełkotu
nazywanego światem
życiem
wymazywać wspomnienia
emocji
szalonej miłości, która
kosztowała nas tyle krwi
i roztrzaskała nasze pompy o skały
czerwonej nienawiści, która
była przecież tylko obroną
ciszą
pustką umysłu
która przełamie iluzję materii
i gdy runiemy w dół
uśmiechem
że to już
oszukaliśmy
wygraliśmy walkę z życiem
nigdy więcej
chcę
muszę
spokojną, uśmiechniętą ciszą
nigdy już niezmąconą
cii
śpij
nie powinien boleć
powinien być powolny
stopniowy i metodyczny
powinien być zanurzeniem
w gorącej krwi łona matki
uciszać hałas życia, krzyki
pusty śmiech pusty płacz
oddalić smród świata
ohydnych oddechów
wyłączyć dotyk
ludzi, którym wydaje się
że wiedzą i że są
usunąć z ust posmak trupów
którymi się żywiliśmy
i ludzi
którymi się łudziliśmy
być czerwienią przechodzącą w ciemność
oddalić nas od bełkotu
nazywanego światem
życiem
wymazywać wspomnienia
emocji
szalonej miłości, która
kosztowała nas tyle krwi
i roztrzaskała nasze pompy o skały
czerwonej nienawiści, która
była przecież tylko obroną
ciszą
pustką umysłu
która przełamie iluzję materii
i gdy runiemy w dół
uśmiechem
że to już
oszukaliśmy
wygraliśmy walkę z życiem
nigdy więcej
chcę
muszę
spokojną, uśmiechniętą ciszą
nigdy już niezmąconą
cii
śpij
13 listopada 2010
wdech
wdech
zimnego powietrza, smrodu gnijących liści
oparów absurdu, oponenta pustki
wydech
coraz zimniej, tlen jest radioaktywny
w moich żyłach mieszanina toksycznej mazi
z dawką alprazolamu
za dużą
hermetyczna patologia
gnijąca w środku, zepsute ciało
brudny mózg
zamknięta w lodowej skorupie
i ruinie uśmiechu
lodowa rzeźba wyciosana
piłą mechaniczną
a przecież bije tam coś w środku
przemarznięta pompa na skraju sił
łudząca się wyobrażeniem Ciepła
udało się! kilka kroków do przodu
łapię marzenie
a ono
pryska
wbija się odłamkami w obojętne oczy
które już nawet nie umieją krwawić
potem znów szkodliwy nadmiar
uzależniających leków
żeby przetrwać noc
i przywołać cień Nadziei
kurwy, która nie pozwala
zakończyć
zimnego powietrza, smrodu gnijących liści
oparów absurdu, oponenta pustki
wydech
coraz zimniej, tlen jest radioaktywny
w moich żyłach mieszanina toksycznej mazi
z dawką alprazolamu
za dużą
hermetyczna patologia
gnijąca w środku, zepsute ciało
brudny mózg
zamknięta w lodowej skorupie
i ruinie uśmiechu
lodowa rzeźba wyciosana
piłą mechaniczną
a przecież bije tam coś w środku
przemarznięta pompa na skraju sił
łudząca się wyobrażeniem Ciepła
udało się! kilka kroków do przodu
łapię marzenie
a ono
pryska
wbija się odłamkami w obojętne oczy
które już nawet nie umieją krwawić
potem znów szkodliwy nadmiar
uzależniających leków
żeby przetrwać noc
i przywołać cień Nadziei
kurwy, która nie pozwala
zakończyć
25 czerwca 2010
Dzień szesnasty...
Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór.
Friedrich Nietzsche
Podczas obrabiania stali za pomocą wielkiej siły, wydziela się ciepło. Jest tylko efektem ubocznym, nie celem samym w sobie. Tak się przynajmniej twierdzi. Jeśli maszyną do obróbki stali jest człowiek, a ciepłem jest szczęście, sens, znaczenie – Moc, wszystko nabiera innych wymiarów. Życie jest obróbką stali, nieustannym wywieraniem wielkiej siły na blok ciężkiego metalu – tylko po to, by uzyskać Moc. Co zaś w tej metaforze symbolizuje stal? Cokolwiek. Życie. Aktywność. Walkę. Jest pokonywaniem każdej kolejnej sekundy, powalaniem jej na plecy, nieustannym zwycięstwem Woli.
Wielu powie – sensu nie ma. Będą mieli rację i w tym tkwi ich ponura moc. Są chodzącymi trupami, wysysającymi resztki Mocy z żywych. Ale mają rację – sensu nie ma. Nie ma go jako takiego, nie jest wartością obiektywną. Nie można go zebrać i zmagazynować. Trzeba go wciąż wytwarzać, kując stal, by móc ogrzać się w cieple sensu. Wszelkie próby dogłębnego zrozumienia świata kończą się w ten sam sposób – prowadzą do pustki. Pustka jest odwieczną otchłanią nicości, patrzy w nas i pożera nasze cenne zasoby życiowej Mocy.
Wielu powie – spójrz na bezsens, ujrzyj absurd. I znów będą mieli rację. Człowiek postawiony w obliczu pustki ma tylko jedną alternatywę – umrzeć, lub żyć dalej. To pytanie zaczyna jątrzyć jego jestestwo i pozostawia z niego skorupę. Krążą wśród nas tacy Opróżnieni. Czyż jednak życie nie jest wszystkim co mamy? Z jakiej racji mamy je dobrowolnie oddawać? Może i puste i absurdalne, ale to wszystko co mamy.
Stanięcie w obliczu pustki wymaga aktu wielkiej Woli – odwrócenia się plecami i rzucenia się z furią w wir życia. Żeby wyprodukować sobie Moc. Trzeba zaatakować każdą przeszkodę i rozbić ja w pył. Szczęście jest dźwiękiem pękania korzeni wyrywanego uparcie krzaka. Każdym ciosem zadanym przeszkodzie. Nie jest osiągnięciem lecz osiąganiem. Nie zwycięstwem lecz walką.
Friedrich Nietzsche
Podczas obrabiania stali za pomocą wielkiej siły, wydziela się ciepło. Jest tylko efektem ubocznym, nie celem samym w sobie. Tak się przynajmniej twierdzi. Jeśli maszyną do obróbki stali jest człowiek, a ciepłem jest szczęście, sens, znaczenie – Moc, wszystko nabiera innych wymiarów. Życie jest obróbką stali, nieustannym wywieraniem wielkiej siły na blok ciężkiego metalu – tylko po to, by uzyskać Moc. Co zaś w tej metaforze symbolizuje stal? Cokolwiek. Życie. Aktywność. Walkę. Jest pokonywaniem każdej kolejnej sekundy, powalaniem jej na plecy, nieustannym zwycięstwem Woli.
Wielu powie – sensu nie ma. Będą mieli rację i w tym tkwi ich ponura moc. Są chodzącymi trupami, wysysającymi resztki Mocy z żywych. Ale mają rację – sensu nie ma. Nie ma go jako takiego, nie jest wartością obiektywną. Nie można go zebrać i zmagazynować. Trzeba go wciąż wytwarzać, kując stal, by móc ogrzać się w cieple sensu. Wszelkie próby dogłębnego zrozumienia świata kończą się w ten sam sposób – prowadzą do pustki. Pustka jest odwieczną otchłanią nicości, patrzy w nas i pożera nasze cenne zasoby życiowej Mocy.
Wielu powie – spójrz na bezsens, ujrzyj absurd. I znów będą mieli rację. Człowiek postawiony w obliczu pustki ma tylko jedną alternatywę – umrzeć, lub żyć dalej. To pytanie zaczyna jątrzyć jego jestestwo i pozostawia z niego skorupę. Krążą wśród nas tacy Opróżnieni. Czyż jednak życie nie jest wszystkim co mamy? Z jakiej racji mamy je dobrowolnie oddawać? Może i puste i absurdalne, ale to wszystko co mamy.
Stanięcie w obliczu pustki wymaga aktu wielkiej Woli – odwrócenia się plecami i rzucenia się z furią w wir życia. Żeby wyprodukować sobie Moc. Trzeba zaatakować każdą przeszkodę i rozbić ja w pył. Szczęście jest dźwiękiem pękania korzeni wyrywanego uparcie krzaka. Każdym ciosem zadanym przeszkodzie. Nie jest osiągnięciem lecz osiąganiem. Nie zwycięstwem lecz walką.
12 czerwca 2010
Dzień piętnasty...
12. 06. 2010
Skąd wiesz, że człowiek, z którym się przyjaźnisz, nie byłby w czasie drugiej wojny światowej mordercą, zabijającym automatycznie, machinalnie masy Żydów, za pomocą kurka od gazu? Albo enkawudzistą strzelającym jeńcom w tył głowy nad rowem w głębokim lesie? A może byłby pilotem, który zrzucił atomową bombę na Hiroszimę? A może on by ją wynalazł? Albo uzbroił?
Nie wiesz? A widzisz, to niedobrze.
A kim ty byś był? Ha? Kim? Myślisz sobie, że pewnie raczej niewinną ofiarą, niż katem? A skąd pomysł, że ofiary były niewinne? Wiele ofiar najpierw było katami. Wiele niedoszłych ofiar stało się katami, by nie stać się ofiarami. Może kradłbyś złote pierścienie z tłustych paluchów obżartych trupów?
Myślisz sobie – o co ci chodzi, jestem niewinny. Ależ jesteś, jesteś winny. Winny jak ja i jak wszyscy. Ci co byli, ci co są, ci co będą. Wszyscy jesteśmy katami i ofiarami. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku – naszej smutnej egzystencji.
A teraz idź i zastanów się nad własną winą.
Skąd wiesz, że człowiek, z którym się przyjaźnisz, nie byłby w czasie drugiej wojny światowej mordercą, zabijającym automatycznie, machinalnie masy Żydów, za pomocą kurka od gazu? Albo enkawudzistą strzelającym jeńcom w tył głowy nad rowem w głębokim lesie? A może byłby pilotem, który zrzucił atomową bombę na Hiroszimę? A może on by ją wynalazł? Albo uzbroił?
Nie wiesz? A widzisz, to niedobrze.
A kim ty byś był? Ha? Kim? Myślisz sobie, że pewnie raczej niewinną ofiarą, niż katem? A skąd pomysł, że ofiary były niewinne? Wiele ofiar najpierw było katami. Wiele niedoszłych ofiar stało się katami, by nie stać się ofiarami. Może kradłbyś złote pierścienie z tłustych paluchów obżartych trupów?
Myślisz sobie – o co ci chodzi, jestem niewinny. Ależ jesteś, jesteś winny. Winny jak ja i jak wszyscy. Ci co byli, ci co są, ci co będą. Wszyscy jesteśmy katami i ofiarami. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku – naszej smutnej egzystencji.
A teraz idź i zastanów się nad własną winą.
8 czerwca 2010
"Słońce ziemią kołysze..."
Słońce kołysało ziemią. Niebo było czysto niebieskie, ziemia sucha, pokryta jakby kurzem, a powietrze, pachnące pyłem, falowało od gorąca. Cisza. To było pierwsze wrażenie. Absolutna cisza, jakby tego dnia wszyscy postanowili zamknąć się w lodówkach. Był lipiec, okolice południa, a ja postanowiłem wyjść na miasto, pooddychać latem.
Nie było wiatru, nie było ludzi, nie było samochodów i ryczących tirów. Szedłem główną ulicą, a miasto było całkowicie puste. Chwila nie mogła być piękniejsza. Słońce grzało mnie ze wszystkich stron, powodując wyrzut nieodkrytych jeszcze i nienazwanych hormonów całkowitego błogostanu. Było moją heroiną.
Przewędrowałem pustymi ulicami nad jezioro. Wszędzie cudowna cisza. Szum fontanny, odbłyski Słońca na wodzie, głęboka zieleń wygrzewających się drzew. Stanąłem na brzegu i oddychałem wilgotniejszym tutaj, wciąż gorącym powietrzem niemal hiszpańskiego lata. Woda była ciepła i cudowna. Wszedłem do jeziora i położyłem się na plecach, unosząc się na wodzie jak łabędzie pióro.
Dryfowałem. Granice między niebem i Słońcem zatarły się wśród wodnych obrotów – teraz całe niebo było Słońcem. Ciepłe prądy jeziora obracały moim ciałem, na skraju widoczności migały drzewa, fontanna, niebo, Słońce – poczuć to i umrzeć, bo cóż bardziej wartego przeżycia mogłoby być jeszcze w życiu?
Niemal siłą woli wróciłem do brzegu. Nie wiem, ile czasu dryfowałem na granicy między wodą i niebem. Stanąłem na suchej ziemi. Fontanna szumiała, Słońce śpiewało, niebo świeciło. Ruszyłem dalej, przed siebie. Powoli. Dzień ten nigdy się nie skończył, a ja wciąż wędruję. Wędruję w Słońcu, od czasu do czasu kładąc się na granicy między wodą, a niebem.
„Chwilo trwaj, jesteś piękna.”
Nie było wiatru, nie było ludzi, nie było samochodów i ryczących tirów. Szedłem główną ulicą, a miasto było całkowicie puste. Chwila nie mogła być piękniejsza. Słońce grzało mnie ze wszystkich stron, powodując wyrzut nieodkrytych jeszcze i nienazwanych hormonów całkowitego błogostanu. Było moją heroiną.
Przewędrowałem pustymi ulicami nad jezioro. Wszędzie cudowna cisza. Szum fontanny, odbłyski Słońca na wodzie, głęboka zieleń wygrzewających się drzew. Stanąłem na brzegu i oddychałem wilgotniejszym tutaj, wciąż gorącym powietrzem niemal hiszpańskiego lata. Woda była ciepła i cudowna. Wszedłem do jeziora i położyłem się na plecach, unosząc się na wodzie jak łabędzie pióro.
Dryfowałem. Granice między niebem i Słońcem zatarły się wśród wodnych obrotów – teraz całe niebo było Słońcem. Ciepłe prądy jeziora obracały moim ciałem, na skraju widoczności migały drzewa, fontanna, niebo, Słońce – poczuć to i umrzeć, bo cóż bardziej wartego przeżycia mogłoby być jeszcze w życiu?
Niemal siłą woli wróciłem do brzegu. Nie wiem, ile czasu dryfowałem na granicy między wodą i niebem. Stanąłem na suchej ziemi. Fontanna szumiała, Słońce śpiewało, niebo świeciło. Ruszyłem dalej, przed siebie. Powoli. Dzień ten nigdy się nie skończył, a ja wciąż wędruję. Wędruję w Słońcu, od czasu do czasu kładąc się na granicy między wodą, a niebem.
„Chwilo trwaj, jesteś piękna.”
Subskrybuj:
Posty (Atom)