27 kwietnia 2010

Przerwa na oniryczne opowiadanie...

"Roześmiała się, zakręciła, znikła..."




Sen. Sen o rzeczach dziwnych, tak niezwykłych, że aż nie jesteśmy w stanie go zapamiętać. Znów sen. Do świadomości próbują dobić się promyki dawno wstałego Słońca. Waham się między snem, półsnem i jawą. Nie wiem już, co jest czym, świat jest płynny, granice czasoprzestrzeni rozmyły się dawno. Obok mnie jest przejście do twardolistnego lasu na Cyprze, kilka sekund dalej na prawo – moja własna szkoła, tak znana i tak inna. Tak mi się wydaje, może to wcale nie ona. Moje ciało przestało istnieć, nie czuję go. Jestem gdzieś przecież…


Dzień pierwszy, słoneczny


Dzień jak co dzień. Dom, śniadanie, szkoła, rozmowy, dom, obiad, praca, pisanie, rozmowy, sen. Tak teoretycznie powinien wyglądać ten dzień. Ale było w nim coś nieokreślenie niezwykłego, zauważyłem to w cieniach świata umykającego przed wchodzącym Słońcem. Coś tam wirowało, falowało, pojawiało się, by zaraz zniknąć. Zignorowałem to. W końcu zawsze dzieje się tyle dziwnych rzeczy – dlaczego miałbym zwracać uwagę na kolejną? Ale cienie tego dnia były jakby dłuższe, bardziej się opierały…
Rozmowy się nie kleiły. Ludzie podziwnieli, jakby byli nie tam i nie tacy, jacy chcieliby być. Nikt nie wiedział o co chodzi, ale nikt nie dał tego po sobie poznać. Tylko ja wiedziałem – nie wiem skąd, skoro nikt nic nie powiedział. W zaułku ciemnego korytarza siedział jakiś kształt i patrzył na mnie dziwnie. Kazałem mu iść sobie, więc zniknął. Dzień toczył się dalej.
Być może nie zwróciłbym nawet uwagi na jego szczególność, gdyby powietrze nie zgęstniało aż tak mocno. Trudno było się poruszać, trudniej niż zwykle – byliśmy jak w wodze, która falowała w tę i wewtę, a nasze ciała razem z nią. Ściany też to czuły i też się wahały, czy przechylić się bardziej w lewo, czy w prawo. Nie były w dobrej kondycji, ostatecznie miały swoje lata, więc jęczały cicho przy zmianach kierunku. Ludzie byli nieobecni, wpatrzeni gdzieś w głębie przed nimi. Zdenerwował mnie trochę ten marazm, więc poszedłem się przejść. W cieniu spotkałem Dziewczynę, uśmiechnęła się do mnie. Zdziwiło mnie jej istnienie, więc próbowałem się jej przyjrzeć, ale mi się nie udało i ostatecznie nie pamiętam jej – nie z tamtego momentu. Roześmiała się, zakręciła, znikła.
Przez cienistą dziurę w powietrzu przeszedłem do innego budynku. Nie znam go. Jasne Słońce wpadało przez liczne okna. Poszedłem przed siebie długim korytarzem, wsłuchując się w echo mich kroków. Próbowało coś do mnie powiedzieć, ale zdenerwował mnie ten bełkot, więc wystraszyłem je krzykiem.
Spadłem…


Dzień pierwszy, siwy


Siwo-żółte chmury zasnuły niebo. Świat był dziwnie pomarańczowy, przez gęstą ciszę przeszedł pomruk burzy. Powietrze było równie gęste, gorące. Być może to ciepło powietrza barwiło wszystko na gorący pomarańcz.
Wdech. Kolor powoli wpadł nosem do moich płuc, aż zawirowało mi w głowie. Świat zakręcił się dwa razy i stanął, w inne trochę pozycji niż przed chwilą. Potrzeba było trochę dymu…
Przekroiłem na pół pomarańczę, zapachniała lepszym światem. Za drażnienie mnie ideami przeciąłem ją na ćwiartki. Obraziła się i wyszła. Nie spodobał mi się fakt, że moje przekąski wędrują po domu, ale nim zdążyłem ją złapać, wyskoczyła przez okno. Świat jest coraz dziwniejszy – pomyślałem – oto cztery ćwiartki pomarańczy mają umiejętność otwierania okien. Postanowiłem zignorować ten fakt i położyłem się na podłodze. Tak się złożyło, że akurat na suficie dwa refleksy światła tańczyły turniejowe tango. Marni byli, więc zamknąłem oczy.
I spadłem…


Poranek


Ręka mi zdrętwiała, trzymana pod resztą ciała. Było to tak banalnie zwyczajne, że już wiedziałem – oto wróciłem. Za oknem chmury, w pokoju ciemno. Zmusiłem się do wstania – nie wiem po co – i chwiejnym krokiem poszedłem do łazienki, zataczając się trochę resztką Snu…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz