Od niepamiętnych czasów, przez całą historię ludzkości – od pierwszych klanów, po liberalne demokracje – światem rządzi jedna dyktatura. Dyktatura piękna. Rządzi niepodzielnie i bezwzględnie, arbitralnie dzieli rzeczy na lepsze i gorsze, jednym dając szansę, inne skazując na potępienie za życia. Uzurpuje sobie prawo do bycia wartością i tę ohydną tyranię zatwierdzali kolejni „myśliciele”. Platon i jego totalitarne państwo, Arystoteles, który miał czelność nawet systematyzować piękno. Filozofowie chrześcijańscy, którzy utożsamiali je z boskością. Idealiści – tworzyli z niego nieśmiertelną figurę idei. Racjonaliści – którzy dostrzegali je w ludzkim umyśle. Hedoniści – którzy nim tylko kierowali się w życiu. Zwykli ludzie, trybiki w wyzutej z sensu machinie ewolucji, widzieli w nim „Dobro”. „Wartość”. „Cel”. Deifikowali je, zapominając zupełnie, że to tylko manifestacja zwierzęcego popędu seksualnego, że „piękno” jest tylko sygnałem – „Z nim chcesz kopulować!”. Nic więcej.
Ale nadszedł czas. Czas, by odrzeć „piękno” z jego boskich szat, by odrzeć je ze skóry, wydłubać oczy, zedrzeć krwawiące mięso i postawić – przed całym światem – takim, jakim jest. Tym, czym jest. Przegniłym szkieletem, brudną suką z cieczką. Danse macabre brzydkich, brudnych, chorych, spaczonych, wynaturzonych zwierząt, pod billboardami domów mody. Orgią brudu. Zwierzęcą chcicą. Czas pokazać, że nie różni się niczym od tanatycznej żądzy zgwałcenia pięknej, młodej, świeżej i krwistej kobiety, przez zasyfionego menela spod sklepu z tanim alkoholem. Od mdlącej potrzeby rozkoszowania się czyimś cierpieniem, wyrywania mu paznokci i wypruwania flaków. Najniższym z możliwych instynktów.
Ale to nie koniec. To nie może się tak zakończyć. Tyle cierpienia zostało zadane w jego imię. Trzeba przelać tę krew w drugą stronę. Dużo krwi. Krew powinna płynąć ulicami. Rzeki powinny spłynąć krwią! Powinny spaść głowy – najpierw tych ikon z plakatów. Głowy, włosy, skóry, paznokcie i cokolwiek tam jeszcze w sobie mają. Trzeba rozedrzeć ich na strzępy na samym środku świata. Potem pójdą piękni i ładni, zadbane pieski i urocze kotki. Spłoną i runą w gruzach katedry, personifikujące ideę boskiego piękna. Jako brzydkie ruiny staną przed nami cuda architektury, staną przed nami tym, czym są, nie tym, za co je przebrano. Spłoną obrazy, książki, poematy. Spłoną parki i ławeczki. Spłoną lasy, wiewióreczki. Trzeba zniszczyć wszystko, cios za ciosem, aż świat pokryję się czerwienią pożaru i krwi.
A my, bękarty piękna, szczury jego lochów, wyjdziemy. I pożremy. Nasze pchły zadżumią świat, nasz pisk, który przejdzie w ryk, stłumi swą kakofonią wszelką muzykę. Będziemy grać w piłkę głowami modelek, uszyjemy sobie ubrania z ich skór.
Nasz czas nadchodzi. A ty, Piękny, spójrz w oczy napotkanemu brzydalowi, głęboko. Tak głęboko, aż ujrzysz w nich nienawiść, oceany nienawiści.
Zasłużonej.
19 listopada 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz