25 czerwca 2010

Dzień szesnasty...

Co jest szczęściem? – Uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór.
Friedrich Nietzsche


Podczas obrabiania stali za pomocą wielkiej siły, wydziela się ciepło. Jest tylko efektem ubocznym, nie celem samym w sobie. Tak się przynajmniej twierdzi. Jeśli maszyną do obróbki stali jest człowiek, a ciepłem jest szczęście, sens, znaczenie – Moc, wszystko nabiera innych wymiarów. Życie jest obróbką stali, nieustannym wywieraniem wielkiej siły na blok ciężkiego metalu – tylko po to, by uzyskać Moc. Co zaś w tej metaforze symbolizuje stal? Cokolwiek. Życie. Aktywność. Walkę. Jest pokonywaniem każdej kolejnej sekundy, powalaniem jej na plecy, nieustannym zwycięstwem Woli.
Wielu powie – sensu nie ma. Będą mieli rację i w tym tkwi ich ponura moc. Są chodzącymi trupami, wysysającymi resztki Mocy z żywych. Ale mają rację – sensu nie ma. Nie ma go jako takiego, nie jest wartością obiektywną. Nie można go zebrać i zmagazynować. Trzeba go wciąż wytwarzać, kując stal, by móc ogrzać się w cieple sensu. Wszelkie próby dogłębnego zrozumienia świata kończą się w ten sam sposób – prowadzą do pustki. Pustka jest odwieczną otchłanią nicości, patrzy w nas i pożera nasze cenne zasoby życiowej Mocy.
Wielu powie – spójrz na bezsens, ujrzyj absurd. I znów będą mieli rację. Człowiek postawiony w obliczu pustki ma tylko jedną alternatywę – umrzeć, lub żyć dalej. To pytanie zaczyna jątrzyć jego jestestwo i pozostawia z niego skorupę. Krążą wśród nas tacy Opróżnieni. Czyż jednak życie nie jest wszystkim co mamy? Z jakiej racji mamy je dobrowolnie oddawać? Może i puste i absurdalne, ale to wszystko co mamy.
Stanięcie w obliczu pustki wymaga aktu wielkiej Woli – odwrócenia się plecami i rzucenia się z furią w wir życia. Żeby wyprodukować sobie Moc. Trzeba zaatakować każdą przeszkodę i rozbić ja w pył. Szczęście jest dźwiękiem pękania korzeni wyrywanego uparcie krzaka. Każdym ciosem zadanym przeszkodzie. Nie jest osiągnięciem lecz osiąganiem. Nie zwycięstwem lecz walką.

12 czerwca 2010

Dzień piętnasty...

12. 06. 2010


Skąd wiesz, że człowiek, z którym się przyjaźnisz, nie byłby w czasie drugiej wojny światowej mordercą, zabijającym automatycznie, machinalnie masy Żydów, za pomocą kurka od gazu? Albo enkawudzistą strzelającym jeńcom w tył głowy nad rowem w głębokim lesie? A może byłby pilotem, który zrzucił atomową bombę na Hiroszimę? A może on by ją wynalazł? Albo uzbroił?
Nie wiesz? A widzisz, to niedobrze.
A kim ty byś był? Ha? Kim? Myślisz sobie, że pewnie raczej niewinną ofiarą, niż katem? A skąd pomysł, że ofiary były niewinne? Wiele ofiar najpierw było katami. Wiele niedoszłych ofiar stało się katami, by nie stać się ofiarami. Może kradłbyś złote pierścienie z tłustych paluchów obżartych trupów?
Myślisz sobie – o co ci chodzi, jestem niewinny. Ależ jesteś, jesteś winny. Winny jak ja i jak wszyscy. Ci co byli, ci co są, ci co będą. Wszyscy jesteśmy katami i ofiarami. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku – naszej smutnej egzystencji.
A teraz idź i zastanów się nad własną winą.

8 czerwca 2010

"Słońce ziemią kołysze..."

Słońce kołysało ziemią. Niebo było czysto niebieskie, ziemia sucha, pokryta jakby kurzem, a powietrze, pachnące pyłem, falowało od gorąca. Cisza. To było pierwsze wrażenie. Absolutna cisza, jakby tego dnia wszyscy postanowili zamknąć się w lodówkach. Był lipiec, okolice południa, a ja postanowiłem wyjść na miasto, pooddychać latem.
Nie było wiatru, nie było ludzi, nie było samochodów i ryczących tirów. Szedłem główną ulicą, a miasto było całkowicie puste. Chwila nie mogła być piękniejsza. Słońce grzało mnie ze wszystkich stron, powodując wyrzut nieodkrytych jeszcze i nienazwanych hormonów całkowitego błogostanu. Było moją heroiną.
Przewędrowałem pustymi ulicami nad jezioro. Wszędzie cudowna cisza. Szum fontanny, odbłyski Słońca na wodzie, głęboka zieleń wygrzewających się drzew. Stanąłem na brzegu i oddychałem wilgotniejszym tutaj, wciąż gorącym powietrzem niemal hiszpańskiego lata. Woda była ciepła i cudowna. Wszedłem do jeziora i położyłem się na plecach, unosząc się na wodzie jak łabędzie pióro.
Dryfowałem. Granice między niebem i Słońcem zatarły się wśród wodnych obrotów – teraz całe niebo było Słońcem. Ciepłe prądy jeziora obracały moim ciałem, na skraju widoczności migały drzewa, fontanna, niebo, Słońce – poczuć to i umrzeć, bo cóż bardziej wartego przeżycia mogłoby być jeszcze w życiu?
Niemal siłą woli wróciłem do brzegu. Nie wiem, ile czasu dryfowałem na granicy między wodą i niebem. Stanąłem na suchej ziemi. Fontanna szumiała, Słońce śpiewało, niebo świeciło. Ruszyłem dalej, przed siebie. Powoli. Dzień ten nigdy się nie skończył, a ja wciąż wędruję. Wędruję w Słońcu, od czasu do czasu kładąc się na granicy między wodą, a niebem.


„Chwilo trwaj, jesteś piękna.”

7 czerwca 2010

"Noc była jasna"



Noc była jasna, przejrzysta, a jednocześnie tak mroczna jak tylko księżycowa noc potrafi być. Blade cienie snuły się pod chodniku, przywołując skojarzenia onirycznych widm i duchów, drżąc i uciekając przed spojrzeniem. Powietrze pachniało jesienią – deszczem, spalenizną, ziemią. Nie lubiła tej mieszaniny, kojarzyła jej się z grobem. Szła szybko, schowawszy ręce w kieszeniach czarnego płaszcza, wpatrzona wprost przed siebie, a stukot jej obcasów rozbrzmiewał echem wśród nocnej ciszy.
W lewej kieszeni miętosiła papierek po czekoladowym batoniku – dowód dietetycznej zbrodni, jakiej dopuściła się w nocnym sklepie. Chciała kupić jeszcze czekoladę, na później, ale sprzedawca patrzył na nią jak na intruza i potencjalnego złodzieja, więc się speszyła. Pomyślała, że to straszne, nie móc nawiązać kontaktu z przypadkowo spotkanym człowiekiem – jakby noc dzieliła umysły, nasilała podejrzenia.
Śpieszyła się – bynajmniej nie dlatego, że ktoś na nią czekał. Mieszkała sama, w niewielkiej kawalerce w starym bloku a la PRL. To było uciekanie od, a jednocześnie uciekanie przez – od nocy i przez noc, z cienia w cień. Już trzecia lampa zgasła, gdy się do niej zbliżała – tajemnicze zjawisko. Serce biło, słyszała je w tej ciszy. Wydawało się, że nie ma nic poza nocą, ale okna ziały podejrzeniem. Wydawało jej się, że z każdej szklanej dziury w mijanych blokach wyzierają czujne, złe oczy, lustrując każdy jej ruch. Nie udawało jej się uchwycić żadnego, patrzące stworzenia szybko umykały gdy tylko odwracała głowę.
Przydrożne drzewa mruczały tajemniczo, wiatr szeptał w żywopłotach, ale najgorsze były kroki. Wiedziała, że to tylko echo wydawane przez jej własne buty, ale niepokój kazał jej się co raz oglądać. Nikogo nie było. A jednak…
Obejrzenie się w lęku za siebie ma tę cechę, że zabiera nam widok z przodu. Nie możemy obserwować naraz całej okolicy, zawsze widzimy tylko fragment. Poczuła tylko uderzenie i przestała czuć.


***


Znaleziono ją nad ranem. Byłby to świetny obraz z lotu ptaka – szary bruk, czarny płaszcz, długie blond włosy i obnażająca brutalną prawdę czerwień. Nie zabrano jej nic, nawet papierka po batoniku. Dołączyła do nocnych cieni, jako jedna z gasnących przed nosem lamp.

5 czerwca 2010

"Podłoga"

Leżał na podłodze. Imiona są tu nieważne, nigdy więcej się nie spotkamy – ważne jest, dlaczego leżał na podłodze. Ostatecznie udające drewno panele nie są najwygodniejszym miejscem do rozmyślań, jeśli pokój jest wyposażony w krzesło, a nawet łóżko. Tak proszę państwa, łóżko! Jednak opuszczone łóżko jest tutaj bez znaczenia.
Atmosfera pokoju nie nadawała się raczej do snucia jasnych rozmyślań nad pięknem świata. Panował półmrok poprzetykany czerwienią – zmyślny efekt czerwonych ścian, czerwonych rolet i czerwonego abażuru, w końcu czego się nie robi dla klimatu w swoim gniazdku. Oddychać też za bardzo nie było czym, gdyż tlen był wyparty papierosowym dymem, resztkami aromatu sandałowego kadzidła i subtelną wonią czerwonego wina, która jednak i tak ginęła w tym ciężkim powietrzu.
Leżał zaś na tej nieszczęsnej podłodze z przeładowania umysłu wieloma rzeczami, których nie mógł zrozumieć i nie chciał zrozumieć. Nic tak naprawdę nadzwyczajnego, ot siedzenie na krześle wydało się trywialne, a podłoga nęciła swoim chłodem i nieprzystępną twardością. Poza tym było w tym coś awangardowego, a zawsze lubił sprawiać kontrowersyjne wrażenie. Co prawda w pokoju nikogo innego nie było, ale któż powiedział, że nie można grać dla siebie samego?
Spróbujmy ujrzeć tę scenę z lotu ptaka – ujrzyjmy oczyma wyobraźni dwudziestoletniego chłopaka, leżącego płasko na plecach na ciemnobrązowej podłodze z paneli. Do krajobrazu należy dodać butelkę wina, dawno pustą oczywiście i oczy. Tak, oczy są tu najważniejsze. A były zmęczone i puste, puste jednak paradoksalnie, gdyż nicość ma za zadanie wywołać wrażenie głębi. Były więc głębokie, a puste.
Cóż można powiedzieć o takim człowieku? Z pewnością nie był banalny. Banalne nie były także jego myśli – od wielu dni miał marzenie, marzenie coraz bardziej rozpaczliwe i coraz bardziej bolesne. Oto do czego doprowadza nadmiar myśli – do marzenia o nieistnieniu.
Paradoksem jest – myślał sobie ów podłogowiec – że tyle ludzi umiera codziennie, a ja nie mogę. Jakby to było takie trudne. Może to jakaś wymyślna tortura psychologiczna, może będę cierpiał tak każdy dzień, a naprawdę jestem nieśmiertelny? To byłby z pewnością szczyt sadyzmu.
Podłogowcowi naszemu kochanemu znudziła się jednak podłoga, wstał i poszedł chwiejnym krokiem do kuchni. Tu więc kończy się nasze małe opowiadanie, oparte na roli kawałka podłogi w życiu kawałka człowieka. Nie wiem, co dalej z nim się działo. Wspomnij go kiedyś przy czerwonym winie, oddając swój umysł we władzę czerwonego półcienia.

Dzień czternasty...



Dziwność nad dziwnościami. Spójrzcie na świat z perspektywy wieków. Ujrzycie miasto złożone z domów, sklepów, bloków, ulic, torów, samochodów, latarni, śmietników. Spróbujcie skonfrontować ten obraz z życiem jednego człowieka, człowieka, który jest taki jak wy, ma osobowość, ma świadomość, rozumie. I pomyślcie, że wszystko to zostało zbudowane przez zbieraninę, przez masę, takich właśnie jak Wy ludzi.
Czyż to nie dziwne? Ot jak powstało miasto. Ktoś walnął se lepiankę tu a nie gdzie indziej, inni postanowili zamieszkać obok. Potem lepianki zmieniły się w chaty, przypełzły ulice, latarnie, samochody, sklepy i śmietniki. Oto i wszystko. Nie było wielkiego planu, nie było celu, sensu i znaczenia – po prostu ludzie, tacy jak Ty, żyli sobie. Pałętali się to tu to tam, tu zbudowali blok, tam hipermarket. Po co? Nie wiadomo. Oni nie wiedzą. My nie wiemy. Nikt nie wie. Absurd.
I każdy człowiek żyje ot tak sobie. No bo co ma robić? Absurd absurdem, a żyć jakoś trzeba. Że bez sensu, wołacie? I co? Co to za argument? Wszystko było bez sensu, a jakoś było i jest. Może nawet będzie.
Ot i właśnie życie. Toczy się niepostrzeżenie, nieuchwytnie. Jest jak coś, co porusza się zbyt wolno byśmy mogli zauważyć ruch patrząc ciągle, lecz jak odwrócimy na chwilę wzrok, już jest gdzie indziej. A może jednak nie? Nie wiadomo.
Jest więc życie ślimakiem świata – ledwo się toto rusza, a jak się nagle rozpleni i rozpałęta to nagle wszędzie będą ślimaki. Pół biedy jak takie ładne, duże, ze skorupką, może nawet białe. Ale przyjdą też te czarne i grube, obślizgłe, ohydne i ogólnie fe. Nawet kulturalnie skonsumować się takie nie dadzą. No ale są, co zrobić?
A Ty? Jakim rodzajem ślimaka jest Twoje życie? Może ślimak nie potrafi obejrzeć się za siebie, żeby stwierdzić, czy ma skorupę, czy nie? To by było takie ludzkie. Nawet tego nie wiadomo. Ale cóż. Taka karma.