26 maja 2010

Dzień dwunasty...

26. 05. 2010


„Człowiek dobrze się mający jest na płaszczyźnie duchowej bez szans. Głębia to wyłączny przywilej tych, którzy cierpieli.”
Emil Cioran

Czy nie mieliście kiedyś wrażenia, że radość jest przyjemna, ale płytka, pusta, pozbawiona wymiarowości? Egoistyczna, mała, wyzuta z sensu i znaczenia...
Co innego ból. Ból jest głęboki. Ból otwiera nowe przestrzenie duszy, a w każdej z nich jest nowe odczuwanie, jeszcze głębsze, jeszcze bardziej dojmujące. Ból domaga się nieskończoności, domaga się ofiary z łez i krwi, domaga się dramatycznego spazmu.
Ale domaga się też wspólności. Czy spazmatyczny płacz, cierpienie wstrząsające naszym ciałem, wykrzywiające twarz i zaciśnięcia palców, nie potrzebuje bycia w czyichś ramionach? Współodczuwanie jest zwielokrotnieniem bólu, jest jego potęgą.
Współczucie cierpienia jest też bardzo głębokim, bardzo prawdziwym uczuciem. Nie nazwę człowiekiem kogoś, kto nigdy nie poczuł bólu, patrząc na dojmujące cierpienie innego stworzenia.
Czyż ból nie nadaje znaczenia? Czy nie przynosi ze sobą sensu, nie przemyca go w głębi wszystkich swoich przestrzeni i wymiarów? Cóż może być bardziej prawdziwe, głębsze, bardziej dojmujące, bardziej sięgające krwi i mięsa naszych ciał?
Współodczuwanie cierpienia jest najgłębszym odczuciem łączącym ludzi. Miłość? Miłość jest przereklamowana i pusta. W miłości jesteśmy idiotami. W bólu jesteśmy ludzi, jesteśmy Chrystusami, współodczuwając ból innej istoty, wieszając się na krzyżu na szczycie góry, by być głębiej. By być bardziej ludźmi.
I w cierpieniu, krew z krwi, transfuzja na głębszych poziomach odczuwania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz