13. 04. 2010
No i stało się. Dopadła mnie grafomania. Ale w końcu czymś trzeba zabijać sobie czas do śmierci, czyż nie? Zwłaszcza, jeśli nie ma obawy, że ktokolwiek będzie musiał czytać moje wypociny. Niniejszym rozpoczynam dziś pisanie kroniki, acz nastawionej raczej na zjadliwe i cyniczne komentarze niż opisy z życia wzięte, bo nie mam co robić – błąd – bo nie chce mi się robić tego, co powinienem robić i potrzebuję dowodu dla siebie samego, że nie jestem śmierdzącym leniem, którzy skończy z niczym. Oto było słowo wstępu.
Jeśli zaś chodzi o opisy, żeby nikt nie posądził mnie oto, że tytuł „Kronika” jest tylko przykrywką dla lamentów młodego zblazowańca – czas goni. Jak zwykle. Nie wiadomo do końca dokąd, a już szczególnie po co, ale goni. Za trzy tygodnie matura. Życie moje się waży i tak dalej. Jak widać jestem tym aż tak przejęty, że piszę sobie jakieś bzdury do wyimaginowanego nikogo zamiast się uczyć.
Przyszłość to w ogóle jakieś dziwne pojęcie. Oznacza coś, co nigdy nie istniało, nie istnieje, ani istnieć nie będzie – ostatecznie jak już nastanie jutro, będzie to dzisiaj. Przyszłość idzie i idzie, ale nigdy nie nadchodzi – jest jak tajemnicza osoba, zmierzająca w naszą stronę, zbliża się powoli, wydaje się, że nieuchronnie, nagle znika, rozglądamy się niespokojnie, a ona nagle wyskakuje z próżni i wbija nam nóż w plecy. I odchodzi. W niebyt.
Przenoszenie swojego życia w przyszłość jest więc bezsensowne – jeśli wszystko zaczniemy robić z myślą o jutrze i każdego kolejnego jutra będziemy przekładać je na wciąż następne jutro – życie nasze przeminie, odłożone poza czas, poza istnienie. Nie zauważymy nawet kiedy to się stanie, będziemy zbyt zajęci wyczekiwaniem jutra, żeby dojrzeć, że dziś starzejemy się i umieramy, że nasze ręce niszczeją w ciężkiej pracy, ręce, które mogły być piękne, zwiewne, efemerycznie kreślić secesyjne linie w chmurze wiecznego bezsensu.
Po cóż więc dziś myśleć o jutrze? Jutra nigdy nie będzie! Wykorzystajmy „dziś” jak najmocniej, poczujmy wszystko, co da się poczuć (jak coś się nie da poczuć, możemy to ofukać) – może i nie będzie to więcej warte od pracy, może nie nada sensu, celu i ciężaru, ale będzie przynajmniej przyjemne. W świecie pozbawionym sensu i wartości, przyjemność to już coś. Czyż nie?
I oto właśnie wpadł mi do głowy nowy pomysł na to coś, co jeszcze nie wiem czym jest – czyż nie jest piękne móc obserwować jak „to” się tworzy? – oto będzie podręcznik czuciowca, nowego człowieka, poruszającego się z wdziękiem pośród mgły absurdu, wśród muzyki ze starego cyrku.
Zatem, czuciowcy, gotowi do drogi?
22 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
'A jeśli jutra nie będzie? Dzisiaj go nie było...'
OdpowiedzUsuń'(...) TO jest podobne do myśli bezdomnego, kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście.
OdpowiedzUsuńTO jest jak kiedy syn króla wybiera się na miasto i widzi świat prawdziwy: nędzę, chorobę, starzenie się i śmierć.
TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kogoś, kto pojął, że został opuszczony na zawsze.
Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur, i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom.'