Słońce kołysało ziemią. Niebo było czysto niebieskie, ziemia sucha, pokryta jakby kurzem, a powietrze, pachnące pyłem, falowało od gorąca. Cisza. To było pierwsze wrażenie. Absolutna cisza, jakby tego dnia wszyscy postanowili zamknąć się w lodówkach. Był lipiec, okolice południa, a ja postanowiłem wyjść na miasto, pooddychać latem.
Nie było wiatru, nie było ludzi, nie było samochodów i ryczących tirów. Szedłem główną ulicą, a miasto było całkowicie puste. Chwila nie mogła być piękniejsza. Słońce grzało mnie ze wszystkich stron, powodując wyrzut nieodkrytych jeszcze i nienazwanych hormonów całkowitego błogostanu. Było moją heroiną.
Przewędrowałem pustymi ulicami nad jezioro. Wszędzie cudowna cisza. Szum fontanny, odbłyski Słońca na wodzie, głęboka zieleń wygrzewających się drzew. Stanąłem na brzegu i oddychałem wilgotniejszym tutaj, wciąż gorącym powietrzem niemal hiszpańskiego lata. Woda była ciepła i cudowna. Wszedłem do jeziora i położyłem się na plecach, unosząc się na wodzie jak łabędzie pióro.
Dryfowałem. Granice między niebem i Słońcem zatarły się wśród wodnych obrotów – teraz całe niebo było Słońcem. Ciepłe prądy jeziora obracały moim ciałem, na skraju widoczności migały drzewa, fontanna, niebo, Słońce – poczuć to i umrzeć, bo cóż bardziej wartego przeżycia mogłoby być jeszcze w życiu?
Niemal siłą woli wróciłem do brzegu. Nie wiem, ile czasu dryfowałem na granicy między wodą i niebem. Stanąłem na suchej ziemi. Fontanna szumiała, Słońce śpiewało, niebo świeciło. Ruszyłem dalej, przed siebie. Powoli. Dzień ten nigdy się nie skończył, a ja wciąż wędruję. Wędruję w Słońcu, od czasu do czasu kładąc się na granicy między wodą, a niebem.
„Chwilo trwaj, jesteś piękna.”
8 czerwca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz