22 kwietnia 2010

Dzień drugi...

14. 04. 2010


A oto i dzień drugi. Jeszcze mi się nie odechciało. Dzień dziwny. Upływa pod znakiem „się zastanawiania”. Myślę dzisiaj nad tym, czymże jest miłość. Co znaczy kochać kogoś? Oczywiście, znajdziemy wszędzie gotowe, urocze definicje – chrześcijanie uraczą nas miłością bożą, uświęcającą siłą nadludzkiego pochodzenia, biolodzy hormonami i impulsami elektrycznymi w układzie nerwowym. Żaden z gotowców mi nie wystarcza.
Trudno spierać się z faktami, a obiektywnie, naukowo potwierdzonym faktem jest, że miłość to proces chemiczny. Wielu ludzi by się w tym momencie oburzyło, jednak nie w tym stwierdzeniu niczego niewłaściwego. Ostatecznie życie, myślenie, chodzenie, umieranie – to wszystko też są procesy fizykochemiczne. Nauka podaje nam suchy fakt, nic z niego samo z siebie nie wynika. Poza tym, że jest natury materialnej. Dla nas absolutnie niczego to nie zmienia – nawet jeśli miłość to tylko chemia, jest wciąż tą samą siłą, która napędzała artystów wszystkich czasów, która powodowała wielkie dramaty i wielkie, prywatne uniesienia. Tak właśnie, prywatne. Chemiczność miłości w niczym nie zmienia faktu, że dla nas jest ona wciąż tak samo niezwykłym doznaniem, jak wtedy, gdy przypisujemy ją nadludzkiej energii. Aspekt prywatny jest nienaruszony. A cóż poza aspektem prywatnym, w ogóle się liczy? Jest więc miłość wciąż tą samą siłą, łączącą dwójkę (a czemuż niby nie więcej? Postuluję miłość grupową! Każdemu według potrzeb!) całkiem obcych, różnych ludzi. Dwie egzystencje postanawiają wieść wspólne bytowanie. Jakiekolwiek będą przyczyny tego zjawiska, ono samo wciąż jest piękne i warte uwagi.
Ludzie jednak, prawdopodobnie ze strachu przed opuszczeniem, stają się dla siebie więzieniem, wiążą się nawzajem siecią powiązań, zależności, obowiązków, powinności, odpowiedzialności, że już nie są wolni. By sobie coś udowodnić, by uczynić miłość taką, jaka według nich powinna być, pozbawiają są wolności. A wolność właśnie jest kluczowym aspektem prawdziwej miłości. Miłość musi być dodatkiem, wynikać sama z siebie, być po prostu, niczym nie związana, nie skrępowana, jak wonny, ciężki dym sandałowego kadzidła, wypełniający sobą cały pokój, ulotny, zwiewny. Można się w nim poruszać, ale się nim przesiąka. Nie ogranicza, ale pozostaje. Trwa. Związek ludzi pragnących prawdziwej miłości, powinien być otwarty, wolny, pozbawiony zawiści, resentymentu, świętego „Musisz!”. Cóż może zabić miłość szybciej niż obowiązek? Wracając do kadzidłowego dymu, miłość w małym, hermetycznie zamkniętym pokoju, w którym dwoje ludzi trwa jak uwięzione w sidłach kłusownika leśne zwierzęta, staje się duszna, gryząca, przeistacza się w smród i zabija powietrze. Biedne ofiary leśnego łowcy powoli się w nim duszą. Na własne życzenie.
Czuciowiec powinien dążyć do miłości prawdziwej, wolnej, tej jawiącej się jako zapach kadzidła. Nigdy nie wolno się ograniczać. Należy współbytować, nie współgnić.
Miłość ponadto nie powstanie z desperacji. Nie będzie wynikiem rozpaczliwego szukania ideałów. Po prostu się znajdzie. A jeśli nie, to trudno. Należy próbować. Żyć znaczy mieć możliwość. A przede wszystkim trzeba mieć, zawsze!, o czym rozmawiać. Jeśli ludzie nie potrafią prowadzić ze sobą długich, fascynujących rozmów, to jak mają ze sobą bytować? Któż mógłby wpaść na taki pomysł? Pewnie desperaci, albo ci, co pędzą za iluzjami. To nie dla czuciowców.
Platon w „Uczcie” kreśli mit o miłości. W micie tym ludzie byli na początku hermafrodytami, ale bogowie uznali, że są zbyt potężni, więc rozdzielili każdego człowieka na mężczyznę i kobietę, którzy potem zawsze będą szukać swojej drugiej połowy, by móc się połączyć. Mit ten jest jak cała filozofia Platona – piękny i poruszający marzycielskie, romantyczne dusze, ale bzdurny jak nie wiadomo co. Ludzie nie są sobie przeznaczeni. Miłość jest dziełem przypadku, jest czymś, co tworzymy, jest dziełem sztuki. Ba, współdziełem! Nie ma czegoś takiego jak konieczność. Nie zbłądźcie nigdy w platonowe rozumienie miłości, bo nie będziecie szczęśliwi. Kto szuka ideałów, kończy jako cynik. Zawiedziony i zgorzkniały.
A zatem idźcie pracować nad swoją miłością. Z kim, w ile osób – to nie moja sprawa. Róbcie jak chcecie i jak czujecie. To wam ma by dobrze. Zawsze o tym pamiętajcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz