"Roześmiała się, zakręciła, znikła..."
Sen. Sen o rzeczach dziwnych, tak niezwykłych, że aż nie jesteśmy w stanie go zapamiętać. Znów sen. Do świadomości próbują dobić się promyki dawno wstałego Słońca. Waham się między snem, półsnem i jawą. Nie wiem już, co jest czym, świat jest płynny, granice czasoprzestrzeni rozmyły się dawno. Obok mnie jest przejście do twardolistnego lasu na Cyprze, kilka sekund dalej na prawo – moja własna szkoła, tak znana i tak inna. Tak mi się wydaje, może to wcale nie ona. Moje ciało przestało istnieć, nie czuję go. Jestem gdzieś przecież…
Dzień pierwszy, słoneczny
Dzień jak co dzień. Dom, śniadanie, szkoła, rozmowy, dom, obiad, praca, pisanie, rozmowy, sen. Tak teoretycznie powinien wyglądać ten dzień. Ale było w nim coś nieokreślenie niezwykłego, zauważyłem to w cieniach świata umykającego przed wchodzącym Słońcem. Coś tam wirowało, falowało, pojawiało się, by zaraz zniknąć. Zignorowałem to. W końcu zawsze dzieje się tyle dziwnych rzeczy – dlaczego miałbym zwracać uwagę na kolejną? Ale cienie tego dnia były jakby dłuższe, bardziej się opierały…
Rozmowy się nie kleiły. Ludzie podziwnieli, jakby byli nie tam i nie tacy, jacy chcieliby być. Nikt nie wiedział o co chodzi, ale nikt nie dał tego po sobie poznać. Tylko ja wiedziałem – nie wiem skąd, skoro nikt nic nie powiedział. W zaułku ciemnego korytarza siedział jakiś kształt i patrzył na mnie dziwnie. Kazałem mu iść sobie, więc zniknął. Dzień toczył się dalej.
Być może nie zwróciłbym nawet uwagi na jego szczególność, gdyby powietrze nie zgęstniało aż tak mocno. Trudno było się poruszać, trudniej niż zwykle – byliśmy jak w wodze, która falowała w tę i wewtę, a nasze ciała razem z nią. Ściany też to czuły i też się wahały, czy przechylić się bardziej w lewo, czy w prawo. Nie były w dobrej kondycji, ostatecznie miały swoje lata, więc jęczały cicho przy zmianach kierunku. Ludzie byli nieobecni, wpatrzeni gdzieś w głębie przed nimi. Zdenerwował mnie trochę ten marazm, więc poszedłem się przejść. W cieniu spotkałem Dziewczynę, uśmiechnęła się do mnie. Zdziwiło mnie jej istnienie, więc próbowałem się jej przyjrzeć, ale mi się nie udało i ostatecznie nie pamiętam jej – nie z tamtego momentu. Roześmiała się, zakręciła, znikła.
Przez cienistą dziurę w powietrzu przeszedłem do innego budynku. Nie znam go. Jasne Słońce wpadało przez liczne okna. Poszedłem przed siebie długim korytarzem, wsłuchując się w echo mich kroków. Próbowało coś do mnie powiedzieć, ale zdenerwował mnie ten bełkot, więc wystraszyłem je krzykiem.
Spadłem…
Dzień pierwszy, siwy
Siwo-żółte chmury zasnuły niebo. Świat był dziwnie pomarańczowy, przez gęstą ciszę przeszedł pomruk burzy. Powietrze było równie gęste, gorące. Być może to ciepło powietrza barwiło wszystko na gorący pomarańcz.
Wdech. Kolor powoli wpadł nosem do moich płuc, aż zawirowało mi w głowie. Świat zakręcił się dwa razy i stanął, w inne trochę pozycji niż przed chwilą. Potrzeba było trochę dymu…
Przekroiłem na pół pomarańczę, zapachniała lepszym światem. Za drażnienie mnie ideami przeciąłem ją na ćwiartki. Obraziła się i wyszła. Nie spodobał mi się fakt, że moje przekąski wędrują po domu, ale nim zdążyłem ją złapać, wyskoczyła przez okno. Świat jest coraz dziwniejszy – pomyślałem – oto cztery ćwiartki pomarańczy mają umiejętność otwierania okien. Postanowiłem zignorować ten fakt i położyłem się na podłodze. Tak się złożyło, że akurat na suficie dwa refleksy światła tańczyły turniejowe tango. Marni byli, więc zamknąłem oczy.
I spadłem…
Poranek
Ręka mi zdrętwiała, trzymana pod resztą ciała. Było to tak banalnie zwyczajne, że już wiedziałem – oto wróciłem. Za oknem chmury, w pokoju ciemno. Zmusiłem się do wstania – nie wiem po co – i chwiejnym krokiem poszedłem do łazienki, zataczając się trochę resztką Snu…
27 kwietnia 2010
25 kwietnia 2010
Dzień ósmy...
25. 04. 2010-04-25
„To wielka ulga zrozumieć, że jesteś wolny, że nie masz żadnego powołania.”
Milan Kundera, „Nieznośna lekkość bytu”
Śmierć. Wszystkich nas czeka. Nieważne, czy byliśmy grzeczni, czy nie, czy byliśmy pokorni czy burzyliśmy zwietrzałe ruiny tradycji. Każdy się skończy, nastąpi punkt, po którym nie ma nic. W perspektywie nieistnienia wszystko staje się mniej ważne, traci ciężar. Życie w obliczu całkowitej śmierci staje się nieznośnie lekkie („Nieznośna lekkość bytu”). Można przestać traktować je poważnie. „Nie musimy przyjmować go do wiadomości.”
Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by przejrzeć bajki o życiu po życiu, o duchach, niebach, aniołach, reinkarnacji czy spotkaniu z Bogiem. Życie nie jest niczym więcej niż tylko procesem biologicznym, jesteśmy częścią świata ożywionego i tak jak on – zginiemy, rozdrabniając się na materię. Już teraz nie jesteśmy niczym więcej. Kupką atomów. Procesem.
Zadaj sobie pytanie – „Czym jestem w obliczu nieistnienia?” – i odpowiedz na nie. Dojdziesz niechybnie do wniosku, że niczym, że świat jest pozbawiony celu, sensu i znaczenia, że to wszystko tylko przypadek, że żaden twój ruch nic nie znaczy, że nie ma żadnego ciężaru, że wszystko dryfuje w próżni, a sens jest nadany tylko umysłem.
I owszem tak jest. Nim jednak zostaniesz nihilistą, pomyśl jeszcze – czy to źle? Czy to źle, że wszystko czym się przejmujesz jest bez znaczenia? Że tak naprawdę wolno ci wszystko, że nikt nigdy nie będzie cię karał ani nagradzał za to pozbawione znaczenia życie? Że jesteś wolny? Rozumiesz to? Jesteś wolny! Całkowicie i nieograniczenie. Nic cię nie wiążę, nic, wszystko jest niczym dym, powolnie lewitujący w powietrzu.
Czyż nie jest piękne, że to tylko pozbawiony znaczenia epizod? Że nie jesteś trybem machiny czasu, że twój ciężar jest urojony? Życie odciążone ze znaczenia jest jeszcze piękniejsze. Jest nieznośnie lekkie. Jest perfekcyjne, takie, jakie powinno być życie idealne.
A zatem odciąż się i ciesz lekkością.
Bądź wolny. Idź.
„To wielka ulga zrozumieć, że jesteś wolny, że nie masz żadnego powołania.”
Milan Kundera, „Nieznośna lekkość bytu”
Śmierć. Wszystkich nas czeka. Nieważne, czy byliśmy grzeczni, czy nie, czy byliśmy pokorni czy burzyliśmy zwietrzałe ruiny tradycji. Każdy się skończy, nastąpi punkt, po którym nie ma nic. W perspektywie nieistnienia wszystko staje się mniej ważne, traci ciężar. Życie w obliczu całkowitej śmierci staje się nieznośnie lekkie („Nieznośna lekkość bytu”). Można przestać traktować je poważnie. „Nie musimy przyjmować go do wiadomości.”
Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by przejrzeć bajki o życiu po życiu, o duchach, niebach, aniołach, reinkarnacji czy spotkaniu z Bogiem. Życie nie jest niczym więcej niż tylko procesem biologicznym, jesteśmy częścią świata ożywionego i tak jak on – zginiemy, rozdrabniając się na materię. Już teraz nie jesteśmy niczym więcej. Kupką atomów. Procesem.
Zadaj sobie pytanie – „Czym jestem w obliczu nieistnienia?” – i odpowiedz na nie. Dojdziesz niechybnie do wniosku, że niczym, że świat jest pozbawiony celu, sensu i znaczenia, że to wszystko tylko przypadek, że żaden twój ruch nic nie znaczy, że nie ma żadnego ciężaru, że wszystko dryfuje w próżni, a sens jest nadany tylko umysłem.
I owszem tak jest. Nim jednak zostaniesz nihilistą, pomyśl jeszcze – czy to źle? Czy to źle, że wszystko czym się przejmujesz jest bez znaczenia? Że tak naprawdę wolno ci wszystko, że nikt nigdy nie będzie cię karał ani nagradzał za to pozbawione znaczenia życie? Że jesteś wolny? Rozumiesz to? Jesteś wolny! Całkowicie i nieograniczenie. Nic cię nie wiążę, nic, wszystko jest niczym dym, powolnie lewitujący w powietrzu.
Czyż nie jest piękne, że to tylko pozbawiony znaczenia epizod? Że nie jesteś trybem machiny czasu, że twój ciężar jest urojony? Życie odciążone ze znaczenia jest jeszcze piękniejsze. Jest nieznośnie lekkie. Jest perfekcyjne, takie, jakie powinno być życie idealne.
A zatem odciąż się i ciesz lekkością.
Bądź wolny. Idź.
23 kwietnia 2010
Dzień siódmy...
23. 04. 2010
Dziś znów nawiązanie do Freuda. On pierwszy w sprecyzowany sposób opisał cywilizację, społeczeństwo, kulturę, jako źródło cierpienia człowieka. Wszystkie skomplikowane zasady społeczne, składające się na moralność, superego, wszystkie podświadome, biologiczne instynkty w człowieku – id, świadomość człowieka – ego, oraz masę zależności i konfliktów między nimi. Cywilizacja, łącząc to, co było wolne i oddzielne, czyli żywe jednostki, miała za zadanie uchronić je przed zagrożeniami naturalności. I w dużej mierze uchroniła – kosztem wolności właśnie. Gwałt kultury na człowieku powoduje cierpienie. A gwałt wzajemny, ludzi na ludziach, powodowany jest obecną w kulturze nienawiścią.
Cywilizacja nienawiścią stoi. Wszędzie tam, gdzie łączy się autonomiczne jednostki, trzeba stworzyć zasady, wszędzie tam, gdzie tworzy się zasady, tworzą się grupy oraz wykluczeni, a wszędzie tam, gdzie są grupy i wykluczeni, jest cierpienie i nienawiść. Nienawiść do obcego, do tego, który jest spoza, który nie spełnia i nie należy. Ośmiela się być inny i to manifestować, manifestować to, że nie należy! Jest brudem na płaszczyźnie ideologicznej czystości, jest zakłóceniem jedności, na niego zostają przeniesione problemy społeczności i on poniesie za nie odpowiedzialność. Jeśli zostanie wyeliminowany, problemy społeczności wcale nie znikną, bo nie przez niego były powodowane, grupa znajdzie więc innego kozła ofiarnego. Nienawiść jest urojonym remedium na każdy ból, jakby można było swoje cierpienie przenieść na obcego, ukarać go za swoje grzechy. Jest to nienawiść zewnętrzna.
Istnieje także nienawiść wewnętrzna, wewnątrz każdej grupy. Grupa dzieli się na mniejsze kręgi i ustala ich hierarchię, zasady i porządki się komplikują, nikt już nie ma nad nimi kontroli, maszyna zaczyna działać sama z siebie. Wprowadzone wcześniej zasady stają się transcendentne, z prawa awansują na poziom tradycji, która jest już sferą sacrum. Tradycją może być to, że kobieta nie ma żadnych praw, to, że dziesięcioletnią dziewczynkę można wydać za sześćdziesięcioletniego mężczyznę i oczekiwać od takiej żony egzekucji seksualnych zobowiązań kulturowych. Może być to fakt, że kobiety mogą być ze sobą nawzajem bliżej niż mężczyźni lub to, że niektórych rzeczy po prostu nie wolno. Dlaczego? Tradycja. Tradycja jest świętym uargumentowaniem każdego gwałtu na człowieku, wszystkiego można zabronić i wszystko można nakazać, jeśli jest to w jej imieniu.
Ludzkość wyodrębnia siebie od zwierząt, tych, którzy robią coś kulturowo strasznego, nazywają zwierzętami, bestiami. Dają tym samym wyraz temu, że ich zdaniem tacy ludzie „nie należą”, są poza. Tymczasem my wciąż jesteśmy zwierzętami i wciąż bestialsko gwałcimy psychikę ludzi i zwierząt, powołując się na tradycję, grupę, czy wyższość Nas nad nimi. Jesteśmy potworami, z oczami wypełnionymi nienawiścią i pianą wylatującą z dzikich pysków, jesteśmy największymi hipokrytami i jednocześnie największymi ślepcami żywego świata. Jesteśmy źli. Wszyscy bez wyjątku. Jesteśmy źli pod pretekstem dobra i niszczymy pod pretekstem budowania. Zakazujemy w imię tradycji, poniżamy w imię wartości.
Cała kultura kręci się dzięki nienawiści. Nienawiść jest źródłem energii, prowadzimy cykl, w którym ludzie są spalani w procesie cierpienia, produkując energię społeczną. Cywilizacja śmierdzi palonym ludzkim mięsem i pyłem z roztrzaskanej psychiki. Jesteśmy niszczycielami.
Dziś znów nawiązanie do Freuda. On pierwszy w sprecyzowany sposób opisał cywilizację, społeczeństwo, kulturę, jako źródło cierpienia człowieka. Wszystkie skomplikowane zasady społeczne, składające się na moralność, superego, wszystkie podświadome, biologiczne instynkty w człowieku – id, świadomość człowieka – ego, oraz masę zależności i konfliktów między nimi. Cywilizacja, łącząc to, co było wolne i oddzielne, czyli żywe jednostki, miała za zadanie uchronić je przed zagrożeniami naturalności. I w dużej mierze uchroniła – kosztem wolności właśnie. Gwałt kultury na człowieku powoduje cierpienie. A gwałt wzajemny, ludzi na ludziach, powodowany jest obecną w kulturze nienawiścią.
Cywilizacja nienawiścią stoi. Wszędzie tam, gdzie łączy się autonomiczne jednostki, trzeba stworzyć zasady, wszędzie tam, gdzie tworzy się zasady, tworzą się grupy oraz wykluczeni, a wszędzie tam, gdzie są grupy i wykluczeni, jest cierpienie i nienawiść. Nienawiść do obcego, do tego, który jest spoza, który nie spełnia i nie należy. Ośmiela się być inny i to manifestować, manifestować to, że nie należy! Jest brudem na płaszczyźnie ideologicznej czystości, jest zakłóceniem jedności, na niego zostają przeniesione problemy społeczności i on poniesie za nie odpowiedzialność. Jeśli zostanie wyeliminowany, problemy społeczności wcale nie znikną, bo nie przez niego były powodowane, grupa znajdzie więc innego kozła ofiarnego. Nienawiść jest urojonym remedium na każdy ból, jakby można było swoje cierpienie przenieść na obcego, ukarać go za swoje grzechy. Jest to nienawiść zewnętrzna.
Istnieje także nienawiść wewnętrzna, wewnątrz każdej grupy. Grupa dzieli się na mniejsze kręgi i ustala ich hierarchię, zasady i porządki się komplikują, nikt już nie ma nad nimi kontroli, maszyna zaczyna działać sama z siebie. Wprowadzone wcześniej zasady stają się transcendentne, z prawa awansują na poziom tradycji, która jest już sferą sacrum. Tradycją może być to, że kobieta nie ma żadnych praw, to, że dziesięcioletnią dziewczynkę można wydać za sześćdziesięcioletniego mężczyznę i oczekiwać od takiej żony egzekucji seksualnych zobowiązań kulturowych. Może być to fakt, że kobiety mogą być ze sobą nawzajem bliżej niż mężczyźni lub to, że niektórych rzeczy po prostu nie wolno. Dlaczego? Tradycja. Tradycja jest świętym uargumentowaniem każdego gwałtu na człowieku, wszystkiego można zabronić i wszystko można nakazać, jeśli jest to w jej imieniu.
Ludzkość wyodrębnia siebie od zwierząt, tych, którzy robią coś kulturowo strasznego, nazywają zwierzętami, bestiami. Dają tym samym wyraz temu, że ich zdaniem tacy ludzie „nie należą”, są poza. Tymczasem my wciąż jesteśmy zwierzętami i wciąż bestialsko gwałcimy psychikę ludzi i zwierząt, powołując się na tradycję, grupę, czy wyższość Nas nad nimi. Jesteśmy potworami, z oczami wypełnionymi nienawiścią i pianą wylatującą z dzikich pysków, jesteśmy największymi hipokrytami i jednocześnie największymi ślepcami żywego świata. Jesteśmy źli. Wszyscy bez wyjątku. Jesteśmy źli pod pretekstem dobra i niszczymy pod pretekstem budowania. Zakazujemy w imię tradycji, poniżamy w imię wartości.
Cała kultura kręci się dzięki nienawiści. Nienawiść jest źródłem energii, prowadzimy cykl, w którym ludzie są spalani w procesie cierpienia, produkując energię społeczną. Cywilizacja śmierdzi palonym ludzkim mięsem i pyłem z roztrzaskanej psychiki. Jesteśmy niszczycielami.
22 kwietnia 2010
Dzień szósty...
22. 04. 2010
Tematem dnia dzisiejszego jest uroda. W pewien dość (bardzo) luźny sposób łączy się ten temat z miłością. Co sprawia, że ktoś nam się podoba? Oczywiście, na pierwszym miejscu będzie czysta biologia, wynikające z ewolucji przychylniejsze spojrzenie na zdrowe włosy, czystą skórę, odpowiednią budowę, ładne zęby – objawy dobrej kondycji, którą trzeba zapewnić potomkom. Jednak to nie wszystko. Spełnienie warunków natury biologicznej awansuje nas tylko do poziomu możliwości, opcji ewentualnej kopulacji. Wielu ludzi spełnia te podstawowe założenia. Ale my jednak patrzymy głębiej.
Jeśli chodzi o masowe bóstwa urody, spełniają one pewnie perfekcyjnie biologiczne założenia. Jest jednak pewien zgrzyt – dlaczego ludzkość przeszła od kultu kobiety mocno zaokrąglonej do kultu kobiety szczupłej? Dlaczego ciała musiało ubyć? Jest to jawny sprzeciw wobec faktu, że kobieta dobrze zbudowana dobrze sobie radziła w życiu.
Freud rozróżniał w człowieku dwa przeciwstawne popędy – Eros, siłę życiową, popęd seksualny, witalność, twórczość, oraz Tanatos, pęd ku śmierci, wolę zniszczenia, popędy destruktywne. Jeśli przyjrzeć się kwestii tłustości kobiecego ciała w kontekście czasów obowiązywania danych kanonów, można wysnuć ciekawy wniosek – im społeczeństwo jest bardziej syte, tym kobieta ma być chudsza.
W kontekście freudowskim można to zinterpretować tak – bogactwo, sytość społeczeństwa, wyznacza poziom spełnienia wymogów Eros. Dziś ludzie mają wszystko, o nic nie muszą walczyć, wszystko jest na wyciągnięcie ręki, walczymy już tylko o lepiej – bo lepsze wrogiem dobrego. Eros jest spełniony, Tanatos jest nienasycony. Kobieta musi być chuda, bo będąc taką, spełnia ludzkie pragnienie ku śmierci. Jest sama bliżej śmierci, nie przetrwałaby w naturalnych warunkach. Szczupłe ciało dzisiejszej kobiety jest symbolem woli śmierci.
Panuje przesyt. Walczymy dziś tylko o ciągłe lepiej, wciąż i wciąż jeden krok dalej. Ludzkość stałą się wynaturzeniem – w naturze panuje Chaos, który jest równowagą pomiędzy Życiem i Śmiercią. W naturze panuje ból i cierpienie, pospieszne spełnianie popędów, w obliczu Śmierci. My dekadencko machamy ręką na fakty świata naturalnego i bulwersuje nas śmierć czterdziestoletniego człowieka w wyniku błędu lekarzy. Osiągnęliśmy nieznany wcześniej naturze szczyt dekadencji – musimy sami niszczyć, by móc istnieć dalej, by tanatyczne moce nie przegrały z Życiem.
Świat jest paradoksalnie upadły przesytem Życia.
Tematem dnia dzisiejszego jest uroda. W pewien dość (bardzo) luźny sposób łączy się ten temat z miłością. Co sprawia, że ktoś nam się podoba? Oczywiście, na pierwszym miejscu będzie czysta biologia, wynikające z ewolucji przychylniejsze spojrzenie na zdrowe włosy, czystą skórę, odpowiednią budowę, ładne zęby – objawy dobrej kondycji, którą trzeba zapewnić potomkom. Jednak to nie wszystko. Spełnienie warunków natury biologicznej awansuje nas tylko do poziomu możliwości, opcji ewentualnej kopulacji. Wielu ludzi spełnia te podstawowe założenia. Ale my jednak patrzymy głębiej.
Jeśli chodzi o masowe bóstwa urody, spełniają one pewnie perfekcyjnie biologiczne założenia. Jest jednak pewien zgrzyt – dlaczego ludzkość przeszła od kultu kobiety mocno zaokrąglonej do kultu kobiety szczupłej? Dlaczego ciała musiało ubyć? Jest to jawny sprzeciw wobec faktu, że kobieta dobrze zbudowana dobrze sobie radziła w życiu.
Freud rozróżniał w człowieku dwa przeciwstawne popędy – Eros, siłę życiową, popęd seksualny, witalność, twórczość, oraz Tanatos, pęd ku śmierci, wolę zniszczenia, popędy destruktywne. Jeśli przyjrzeć się kwestii tłustości kobiecego ciała w kontekście czasów obowiązywania danych kanonów, można wysnuć ciekawy wniosek – im społeczeństwo jest bardziej syte, tym kobieta ma być chudsza.
W kontekście freudowskim można to zinterpretować tak – bogactwo, sytość społeczeństwa, wyznacza poziom spełnienia wymogów Eros. Dziś ludzie mają wszystko, o nic nie muszą walczyć, wszystko jest na wyciągnięcie ręki, walczymy już tylko o lepiej – bo lepsze wrogiem dobrego. Eros jest spełniony, Tanatos jest nienasycony. Kobieta musi być chuda, bo będąc taką, spełnia ludzkie pragnienie ku śmierci. Jest sama bliżej śmierci, nie przetrwałaby w naturalnych warunkach. Szczupłe ciało dzisiejszej kobiety jest symbolem woli śmierci.
Panuje przesyt. Walczymy dziś tylko o ciągłe lepiej, wciąż i wciąż jeden krok dalej. Ludzkość stałą się wynaturzeniem – w naturze panuje Chaos, który jest równowagą pomiędzy Życiem i Śmiercią. W naturze panuje ból i cierpienie, pospieszne spełnianie popędów, w obliczu Śmierci. My dekadencko machamy ręką na fakty świata naturalnego i bulwersuje nas śmierć czterdziestoletniego człowieka w wyniku błędu lekarzy. Osiągnęliśmy nieznany wcześniej naturze szczyt dekadencji – musimy sami niszczyć, by móc istnieć dalej, by tanatyczne moce nie przegrały z Życiem.
Świat jest paradoksalnie upadły przesytem Życia.
Dzień piąty...
21. 04. 2010
Świat ma w zanadrzu wiele wiecznie nierozstrzygniętych kwestii. Wiele jest mielonych do znudzenia, ale wciąż jest kilka wartych zainteresowania. Na przykład kwestia wolności ludzkiej woli. Z jednej strony biologizm człowieka, leki psychotropowe, z drugiej psychoterapia. Z jednej strony Schopenhauer, świat jako przedstawienie, bez-wolność woli, z drugiej egzystencjalizm, egzystencja wyprzedzająca esencję, oraz nietzscheanizm – twórcza moc nadczłowieka.
W tym wszystkim brakuje podstawowego rozdzielenia – rozum i emocje. Większość ludzi tak naprawdę nie panuje nad swoimi emocjami, ale fakt, że są one umiarkowane i względnie spokojne sprawia, że panującym poglądem na ten temat jest całkowita wolność woli i człowieka. Człowiek, zdaniem tych ludzi, może dowolnie zmieniać swoje odczucia. Jest to bardzo krzywdząca interpretacja. I bardzo nieprawdziwa – jak większość masowych twierdzeń. Ludzie ci, pozornie panujący nad sobą, tak naprawdę są niewolnikami emocji. Człowiek jest z natury niewolnikiem swych emocji – fakt, że emocje te są względnie neutralne sprawia, że myślimy, że nad sobą panuje. Dopiero człowiek, którego emocje są jak morze podczas burzy, może zrozumieć, jak jest naprawdę. Bo zrozumieć znaczy poczuć.
Umysł jest podzielony na dwie sfery – racjonalną, analityczną, maszynę do liczenia, weryfikowania, logiki, oraz emocje – pozbawione kontroli. Umysł racjonalny musi mieć kontrolę. W praktyce bardzo rzadko tak jest – ludzie ulegają złudzeniu wolności. Kontrolę jednak można uzyskać – konieczna jest do tego przede wszystkim świadomość braku kontroli, jako punkt wyjściowy, oraz praca na sobą. Paradoksalnie więc człowiek targany skrajnymi emocjami ma większą szansę na uzyskanie kontroli – bo zdaje sobie sprawę, że jej nie ma.
Emocje nie mają prawa dominować nad Życiem. Nie mają prawa stać się esencją człowieka. Życie jest wtedy pozbawione ładu, ciągłości, w którymś momencie, prędzej lub później, urwie się, zmieni, trzeba będzie zaczynać od nowa. Kontrola umysłu pozwala zachować ciągłość – emocje są wtedy narzędziem, zmysłem, jak smak czy dotyk. Służą. Nie kontrolują.
Czuciowiec musi dążyć do kontroli nad emocjami, bowiem tylko używając uczuć jak zmysłów, można poznać całą gamę smaków świata – zamiast być tylko smakiem chwili, dłuższej lub krótszej.
Potrzeba nam twardego podłoża, by budować na nim Życie. By Tańcząca Radość nie zrujnowała prowizorycznej, emocyjnej podłogi. Trzeba budować na skałach.
Świat ma w zanadrzu wiele wiecznie nierozstrzygniętych kwestii. Wiele jest mielonych do znudzenia, ale wciąż jest kilka wartych zainteresowania. Na przykład kwestia wolności ludzkiej woli. Z jednej strony biologizm człowieka, leki psychotropowe, z drugiej psychoterapia. Z jednej strony Schopenhauer, świat jako przedstawienie, bez-wolność woli, z drugiej egzystencjalizm, egzystencja wyprzedzająca esencję, oraz nietzscheanizm – twórcza moc nadczłowieka.
W tym wszystkim brakuje podstawowego rozdzielenia – rozum i emocje. Większość ludzi tak naprawdę nie panuje nad swoimi emocjami, ale fakt, że są one umiarkowane i względnie spokojne sprawia, że panującym poglądem na ten temat jest całkowita wolność woli i człowieka. Człowiek, zdaniem tych ludzi, może dowolnie zmieniać swoje odczucia. Jest to bardzo krzywdząca interpretacja. I bardzo nieprawdziwa – jak większość masowych twierdzeń. Ludzie ci, pozornie panujący nad sobą, tak naprawdę są niewolnikami emocji. Człowiek jest z natury niewolnikiem swych emocji – fakt, że emocje te są względnie neutralne sprawia, że myślimy, że nad sobą panuje. Dopiero człowiek, którego emocje są jak morze podczas burzy, może zrozumieć, jak jest naprawdę. Bo zrozumieć znaczy poczuć.
Umysł jest podzielony na dwie sfery – racjonalną, analityczną, maszynę do liczenia, weryfikowania, logiki, oraz emocje – pozbawione kontroli. Umysł racjonalny musi mieć kontrolę. W praktyce bardzo rzadko tak jest – ludzie ulegają złudzeniu wolności. Kontrolę jednak można uzyskać – konieczna jest do tego przede wszystkim świadomość braku kontroli, jako punkt wyjściowy, oraz praca na sobą. Paradoksalnie więc człowiek targany skrajnymi emocjami ma większą szansę na uzyskanie kontroli – bo zdaje sobie sprawę, że jej nie ma.
Emocje nie mają prawa dominować nad Życiem. Nie mają prawa stać się esencją człowieka. Życie jest wtedy pozbawione ładu, ciągłości, w którymś momencie, prędzej lub później, urwie się, zmieni, trzeba będzie zaczynać od nowa. Kontrola umysłu pozwala zachować ciągłość – emocje są wtedy narzędziem, zmysłem, jak smak czy dotyk. Służą. Nie kontrolują.
Czuciowiec musi dążyć do kontroli nad emocjami, bowiem tylko używając uczuć jak zmysłów, można poznać całą gamę smaków świata – zamiast być tylko smakiem chwili, dłuższej lub krótszej.
Potrzeba nam twardego podłoża, by budować na nim Życie. By Tańcząca Radość nie zrujnowała prowizorycznej, emocyjnej podłogi. Trzeba budować na skałach.
Dzień czwarty...
15. 03. 2010
„Człowiek, którego wiedzie poczucie piękna, przemieni przypadkowy zbieg okoliczności (...) w motyw, który już pozostanie w kompozycji jego życia. Wraca do niego, powtarza go, zmienia rozwija – jak kompozytor temat swej sonaty.”
Milan Kundera
Tradycyjnie, w sobie tylko znany sposób, odpłynąłem od początkowego tematu, więc piszę dziś jeszcze raz. Kim jest ten wciąż przywoływany przeze mnie czuciowiec? Skojarzenia z hedonizmem są dobre, aczkolwiek nieprecyzyjne. Jeśli zaś chodzi o pochodne hedonizmu, jest ich kilka – wywyższanie przyjemności cielesnych (nie Take znów złe zresztą), konsumpcjonizm, oraz epikureizm. Epikurejczycy są duchowymi hedonistami, a ich zdaniem szczęściem jest już brak cierpień. Moim skromnym zdaniem brak cierpień to dopiero dobre podłoże do szczęścia, ale cóż – tak twierdzili.
Czuciowiec nie jest nikim z powyższych. Jest człowiekiem skierowanym na odczucia, emocje, wrażenia, ulotne impresje. Kimś, kto dostrzeże piękno tęczy nie tylko w niej samej, ale także w jej ulotności. Kimś, kto z krótkości i żałosności życia potrafi uczynić jego największą zaletę. Kimś, kto potrafi kierować się pięknem i tworzyć piękno. Kimś, kto potrafi dostrzec piękno w brzydocie. Dekadent, turpista, platonik, nietzscheanista, hedonista, asceta, sędzia przestępca, prokurator, rzeźbiarz i jego rzeźba – w jednej osobie.
Czuciowiec to ktoś, kto nie boi się bólu. Złe doznania też są doznaniami, ba, zazwyczaj są w oczywisty sposób intensywniejsze od dobrych. Nie unika życia, nie ogląda go i nie przeżuwa – przeżywa, odczuwa. Intensyfikuje wszelkie doznania.
Jest człowiekiem wolnym i daje wolność innym. Nikogo nie poucza, jak ma żyć, reaguje jednak, gdy ktoś czegoś zabrania. Nienawidzi zakazów, ograniczeń. Człowiek jest przeznaczony do wolności, do wolności indywidualnej, takiej, jakiej chce.
Człowiek lekki i ciężki zarazem. Fascynujący, niezwykły, inspirujący. Tym chcemy się stać! Tacy bądźmy!
Poeci wycia wiatru na brutalnych skałach życia i śmierci.
„Człowiek, którego wiedzie poczucie piękna, przemieni przypadkowy zbieg okoliczności (...) w motyw, który już pozostanie w kompozycji jego życia. Wraca do niego, powtarza go, zmienia rozwija – jak kompozytor temat swej sonaty.”
Milan Kundera
Tradycyjnie, w sobie tylko znany sposób, odpłynąłem od początkowego tematu, więc piszę dziś jeszcze raz. Kim jest ten wciąż przywoływany przeze mnie czuciowiec? Skojarzenia z hedonizmem są dobre, aczkolwiek nieprecyzyjne. Jeśli zaś chodzi o pochodne hedonizmu, jest ich kilka – wywyższanie przyjemności cielesnych (nie Take znów złe zresztą), konsumpcjonizm, oraz epikureizm. Epikurejczycy są duchowymi hedonistami, a ich zdaniem szczęściem jest już brak cierpień. Moim skromnym zdaniem brak cierpień to dopiero dobre podłoże do szczęścia, ale cóż – tak twierdzili.
Czuciowiec nie jest nikim z powyższych. Jest człowiekiem skierowanym na odczucia, emocje, wrażenia, ulotne impresje. Kimś, kto dostrzeże piękno tęczy nie tylko w niej samej, ale także w jej ulotności. Kimś, kto z krótkości i żałosności życia potrafi uczynić jego największą zaletę. Kimś, kto potrafi kierować się pięknem i tworzyć piękno. Kimś, kto potrafi dostrzec piękno w brzydocie. Dekadent, turpista, platonik, nietzscheanista, hedonista, asceta, sędzia przestępca, prokurator, rzeźbiarz i jego rzeźba – w jednej osobie.
Czuciowiec to ktoś, kto nie boi się bólu. Złe doznania też są doznaniami, ba, zazwyczaj są w oczywisty sposób intensywniejsze od dobrych. Nie unika życia, nie ogląda go i nie przeżuwa – przeżywa, odczuwa. Intensyfikuje wszelkie doznania.
Jest człowiekiem wolnym i daje wolność innym. Nikogo nie poucza, jak ma żyć, reaguje jednak, gdy ktoś czegoś zabrania. Nienawidzi zakazów, ograniczeń. Człowiek jest przeznaczony do wolności, do wolności indywidualnej, takiej, jakiej chce.
Człowiek lekki i ciężki zarazem. Fascynujący, niezwykły, inspirujący. Tym chcemy się stać! Tacy bądźmy!
Poeci wycia wiatru na brutalnych skałach życia i śmierci.
Dzień trzeci...
15. 03. 2010
Dziś upływa pod znakiem niepokoju. Niepokój to uczucie, które można porównać do czekania na egzekucję – pomijając fakt, że egzekucja się nie odbywa. Teoretycznie to dobrze, praktycznie sprawia to, że czas niepokoju jest niczym nie ograniczony. Napięcie. Często można usłyszeć od ludzi jakieś głupie rady, w stylu „weź się w garść”, „wystarczy się nie przejmować”. Jeśli usłyszysz takie słowa, znaczy to, że masz do czynienia z człowiekiem ograniczonym, z takim, który „nie rozumie”. Od razu możesz oszczędzić sobie tłumaczenia mu swojego problemu i powodów, dla których nie możesz po prostu wziąć się w garść – nie pojmie tego.
Ludzie prości wciąż wierzą, że człowiek to tylko i wyłącznie wola. Że jego decyzje są całkowicie swobodne, niczym nie zdeterminowane. Najgłośniej jak tylko mogą domagają się kary śmierci za bestialski gwałt – ale nikt nie zada pytania, jak to się stało, że człowiek upadł tak nisko, żeby dojść do zbrodni? Jak wyglądało jego życie, jak on się czuł, dlaczego to zrobił? Co można zrobić, żeby zapobiec kolejnym gwałtom? Przecież nie gwałcą ludzie szczęśliwi. Spełnieni, syci ludzie nie popełniają morderstw. Nie wrzeszczą na wszystkich dokoła. Nie chodzą wewnętrznie rozdygotani, niepewni siebie, targani tak silnymi żądzami i sprzecznymi emocjami, że nie potrafili się powstrzymać od zbrodni.
Tak tak, nie dostrzegamy cierpienia „winnych”. Oni już zostali osądzeni, niegodni. A przecież świat nie jest czarno-biały. Nie dzieli się na katów i ofiary. Świat jest złym, okrutnym miejscem, w którym trzeba swoje zacisze mieć albo wywalczyć. Albo polec i cierpieć. Społeczeństwo odpowiedzialne, w którym ludzie naprawdę pragną być szczęśliwi i wiedzą, jak to osiągnąć, to takie, w którym rozumieją proces, który doprowadza do tzw. „zła”. I potrafią w tym procesie dostrzec swój udział, zauważyć moment, w którym dołożyli cegiełkę do kolczastego brzemienia pewnego człowieka. Świadomie lub nie. Nikt nie jest bez winy. Nikt nie jest czysty. Tylko w gestii naszej dobrej woli leży zrozumienie psychologicznych podstaw działalności człowieka i postępowanie tak, by korzyść była ogólna.
Potoczne rozumienie tzw. „dobra” i „zła” to nieporozumienie. „Dobro” ani „zło” w ogóle nie istnieją. To puste pojęcia, stworzone po to, by siebie można ustalić na dokładnie drugim końcu skali, niż winnego. Największa zbrodnia każdej religii to dzielenie, m. In. na dobro i zło. To pozbawione znaczenia pojęcia, jak plus nieskończoność i minus nieskończoność w matematyce. Ani jedno ani drugie fizycznie nie istnieje, jest hipotezą ludzkiego umysłu. Istnieje za to dokładnie calutkie spektrum wartości między nimi. Dokładnie tak samo jest z dobrem i złem – skrajności nie istnieją, są odcienie, na dodatek migoczące różnymi barwami, zależnie od której strony się spojrzy.
Ponadto należy zdawać sobie sprawę, gdy patrzymy na mordercę, znienawidzonego prze cały świat, że oto - „to mogłem być ja”. Bo mogłeś. Po prostu stało się inaczej. To, że siedzisz teraz i czytasz w spokoju ducha, nie jest wynikiem twojego świadomie dobrego zachowania. Jesteś zdeterminowany, nie całkowicie, ale w dużym stopniu.
I zawsze, gdy zobaczysz anty-wzór, zastanów się, jak do tego doszło. Jak on się czuje. Co musiałoby się stać, byście mogli zamienić się rolami. Poczuj ból jego życia – przecież tylko o czucie w tym wszystkim chodzi.
Dziś upływa pod znakiem niepokoju. Niepokój to uczucie, które można porównać do czekania na egzekucję – pomijając fakt, że egzekucja się nie odbywa. Teoretycznie to dobrze, praktycznie sprawia to, że czas niepokoju jest niczym nie ograniczony. Napięcie. Często można usłyszeć od ludzi jakieś głupie rady, w stylu „weź się w garść”, „wystarczy się nie przejmować”. Jeśli usłyszysz takie słowa, znaczy to, że masz do czynienia z człowiekiem ograniczonym, z takim, który „nie rozumie”. Od razu możesz oszczędzić sobie tłumaczenia mu swojego problemu i powodów, dla których nie możesz po prostu wziąć się w garść – nie pojmie tego.
Ludzie prości wciąż wierzą, że człowiek to tylko i wyłącznie wola. Że jego decyzje są całkowicie swobodne, niczym nie zdeterminowane. Najgłośniej jak tylko mogą domagają się kary śmierci za bestialski gwałt – ale nikt nie zada pytania, jak to się stało, że człowiek upadł tak nisko, żeby dojść do zbrodni? Jak wyglądało jego życie, jak on się czuł, dlaczego to zrobił? Co można zrobić, żeby zapobiec kolejnym gwałtom? Przecież nie gwałcą ludzie szczęśliwi. Spełnieni, syci ludzie nie popełniają morderstw. Nie wrzeszczą na wszystkich dokoła. Nie chodzą wewnętrznie rozdygotani, niepewni siebie, targani tak silnymi żądzami i sprzecznymi emocjami, że nie potrafili się powstrzymać od zbrodni.
Tak tak, nie dostrzegamy cierpienia „winnych”. Oni już zostali osądzeni, niegodni. A przecież świat nie jest czarno-biały. Nie dzieli się na katów i ofiary. Świat jest złym, okrutnym miejscem, w którym trzeba swoje zacisze mieć albo wywalczyć. Albo polec i cierpieć. Społeczeństwo odpowiedzialne, w którym ludzie naprawdę pragną być szczęśliwi i wiedzą, jak to osiągnąć, to takie, w którym rozumieją proces, który doprowadza do tzw. „zła”. I potrafią w tym procesie dostrzec swój udział, zauważyć moment, w którym dołożyli cegiełkę do kolczastego brzemienia pewnego człowieka. Świadomie lub nie. Nikt nie jest bez winy. Nikt nie jest czysty. Tylko w gestii naszej dobrej woli leży zrozumienie psychologicznych podstaw działalności człowieka i postępowanie tak, by korzyść była ogólna.
Potoczne rozumienie tzw. „dobra” i „zła” to nieporozumienie. „Dobro” ani „zło” w ogóle nie istnieją. To puste pojęcia, stworzone po to, by siebie można ustalić na dokładnie drugim końcu skali, niż winnego. Największa zbrodnia każdej religii to dzielenie, m. In. na dobro i zło. To pozbawione znaczenia pojęcia, jak plus nieskończoność i minus nieskończoność w matematyce. Ani jedno ani drugie fizycznie nie istnieje, jest hipotezą ludzkiego umysłu. Istnieje za to dokładnie calutkie spektrum wartości między nimi. Dokładnie tak samo jest z dobrem i złem – skrajności nie istnieją, są odcienie, na dodatek migoczące różnymi barwami, zależnie od której strony się spojrzy.
Ponadto należy zdawać sobie sprawę, gdy patrzymy na mordercę, znienawidzonego prze cały świat, że oto - „to mogłem być ja”. Bo mogłeś. Po prostu stało się inaczej. To, że siedzisz teraz i czytasz w spokoju ducha, nie jest wynikiem twojego świadomie dobrego zachowania. Jesteś zdeterminowany, nie całkowicie, ale w dużym stopniu.
I zawsze, gdy zobaczysz anty-wzór, zastanów się, jak do tego doszło. Jak on się czuje. Co musiałoby się stać, byście mogli zamienić się rolami. Poczuj ból jego życia – przecież tylko o czucie w tym wszystkim chodzi.
Dzień drugi...
14. 04. 2010
A oto i dzień drugi. Jeszcze mi się nie odechciało. Dzień dziwny. Upływa pod znakiem „się zastanawiania”. Myślę dzisiaj nad tym, czymże jest miłość. Co znaczy kochać kogoś? Oczywiście, znajdziemy wszędzie gotowe, urocze definicje – chrześcijanie uraczą nas miłością bożą, uświęcającą siłą nadludzkiego pochodzenia, biolodzy hormonami i impulsami elektrycznymi w układzie nerwowym. Żaden z gotowców mi nie wystarcza.
Trudno spierać się z faktami, a obiektywnie, naukowo potwierdzonym faktem jest, że miłość to proces chemiczny. Wielu ludzi by się w tym momencie oburzyło, jednak nie w tym stwierdzeniu niczego niewłaściwego. Ostatecznie życie, myślenie, chodzenie, umieranie – to wszystko też są procesy fizykochemiczne. Nauka podaje nam suchy fakt, nic z niego samo z siebie nie wynika. Poza tym, że jest natury materialnej. Dla nas absolutnie niczego to nie zmienia – nawet jeśli miłość to tylko chemia, jest wciąż tą samą siłą, która napędzała artystów wszystkich czasów, która powodowała wielkie dramaty i wielkie, prywatne uniesienia. Tak właśnie, prywatne. Chemiczność miłości w niczym nie zmienia faktu, że dla nas jest ona wciąż tak samo niezwykłym doznaniem, jak wtedy, gdy przypisujemy ją nadludzkiej energii. Aspekt prywatny jest nienaruszony. A cóż poza aspektem prywatnym, w ogóle się liczy? Jest więc miłość wciąż tą samą siłą, łączącą dwójkę (a czemuż niby nie więcej? Postuluję miłość grupową! Każdemu według potrzeb!) całkiem obcych, różnych ludzi. Dwie egzystencje postanawiają wieść wspólne bytowanie. Jakiekolwiek będą przyczyny tego zjawiska, ono samo wciąż jest piękne i warte uwagi.
Ludzie jednak, prawdopodobnie ze strachu przed opuszczeniem, stają się dla siebie więzieniem, wiążą się nawzajem siecią powiązań, zależności, obowiązków, powinności, odpowiedzialności, że już nie są wolni. By sobie coś udowodnić, by uczynić miłość taką, jaka według nich powinna być, pozbawiają są wolności. A wolność właśnie jest kluczowym aspektem prawdziwej miłości. Miłość musi być dodatkiem, wynikać sama z siebie, być po prostu, niczym nie związana, nie skrępowana, jak wonny, ciężki dym sandałowego kadzidła, wypełniający sobą cały pokój, ulotny, zwiewny. Można się w nim poruszać, ale się nim przesiąka. Nie ogranicza, ale pozostaje. Trwa. Związek ludzi pragnących prawdziwej miłości, powinien być otwarty, wolny, pozbawiony zawiści, resentymentu, świętego „Musisz!”. Cóż może zabić miłość szybciej niż obowiązek? Wracając do kadzidłowego dymu, miłość w małym, hermetycznie zamkniętym pokoju, w którym dwoje ludzi trwa jak uwięzione w sidłach kłusownika leśne zwierzęta, staje się duszna, gryząca, przeistacza się w smród i zabija powietrze. Biedne ofiary leśnego łowcy powoli się w nim duszą. Na własne życzenie.
Czuciowiec powinien dążyć do miłości prawdziwej, wolnej, tej jawiącej się jako zapach kadzidła. Nigdy nie wolno się ograniczać. Należy współbytować, nie współgnić.
Miłość ponadto nie powstanie z desperacji. Nie będzie wynikiem rozpaczliwego szukania ideałów. Po prostu się znajdzie. A jeśli nie, to trudno. Należy próbować. Żyć znaczy mieć możliwość. A przede wszystkim trzeba mieć, zawsze!, o czym rozmawiać. Jeśli ludzie nie potrafią prowadzić ze sobą długich, fascynujących rozmów, to jak mają ze sobą bytować? Któż mógłby wpaść na taki pomysł? Pewnie desperaci, albo ci, co pędzą za iluzjami. To nie dla czuciowców.
Platon w „Uczcie” kreśli mit o miłości. W micie tym ludzie byli na początku hermafrodytami, ale bogowie uznali, że są zbyt potężni, więc rozdzielili każdego człowieka na mężczyznę i kobietę, którzy potem zawsze będą szukać swojej drugiej połowy, by móc się połączyć. Mit ten jest jak cała filozofia Platona – piękny i poruszający marzycielskie, romantyczne dusze, ale bzdurny jak nie wiadomo co. Ludzie nie są sobie przeznaczeni. Miłość jest dziełem przypadku, jest czymś, co tworzymy, jest dziełem sztuki. Ba, współdziełem! Nie ma czegoś takiego jak konieczność. Nie zbłądźcie nigdy w platonowe rozumienie miłości, bo nie będziecie szczęśliwi. Kto szuka ideałów, kończy jako cynik. Zawiedziony i zgorzkniały.
A zatem idźcie pracować nad swoją miłością. Z kim, w ile osób – to nie moja sprawa. Róbcie jak chcecie i jak czujecie. To wam ma by dobrze. Zawsze o tym pamiętajcie.
A oto i dzień drugi. Jeszcze mi się nie odechciało. Dzień dziwny. Upływa pod znakiem „się zastanawiania”. Myślę dzisiaj nad tym, czymże jest miłość. Co znaczy kochać kogoś? Oczywiście, znajdziemy wszędzie gotowe, urocze definicje – chrześcijanie uraczą nas miłością bożą, uświęcającą siłą nadludzkiego pochodzenia, biolodzy hormonami i impulsami elektrycznymi w układzie nerwowym. Żaden z gotowców mi nie wystarcza.
Trudno spierać się z faktami, a obiektywnie, naukowo potwierdzonym faktem jest, że miłość to proces chemiczny. Wielu ludzi by się w tym momencie oburzyło, jednak nie w tym stwierdzeniu niczego niewłaściwego. Ostatecznie życie, myślenie, chodzenie, umieranie – to wszystko też są procesy fizykochemiczne. Nauka podaje nam suchy fakt, nic z niego samo z siebie nie wynika. Poza tym, że jest natury materialnej. Dla nas absolutnie niczego to nie zmienia – nawet jeśli miłość to tylko chemia, jest wciąż tą samą siłą, która napędzała artystów wszystkich czasów, która powodowała wielkie dramaty i wielkie, prywatne uniesienia. Tak właśnie, prywatne. Chemiczność miłości w niczym nie zmienia faktu, że dla nas jest ona wciąż tak samo niezwykłym doznaniem, jak wtedy, gdy przypisujemy ją nadludzkiej energii. Aspekt prywatny jest nienaruszony. A cóż poza aspektem prywatnym, w ogóle się liczy? Jest więc miłość wciąż tą samą siłą, łączącą dwójkę (a czemuż niby nie więcej? Postuluję miłość grupową! Każdemu według potrzeb!) całkiem obcych, różnych ludzi. Dwie egzystencje postanawiają wieść wspólne bytowanie. Jakiekolwiek będą przyczyny tego zjawiska, ono samo wciąż jest piękne i warte uwagi.
Ludzie jednak, prawdopodobnie ze strachu przed opuszczeniem, stają się dla siebie więzieniem, wiążą się nawzajem siecią powiązań, zależności, obowiązków, powinności, odpowiedzialności, że już nie są wolni. By sobie coś udowodnić, by uczynić miłość taką, jaka według nich powinna być, pozbawiają są wolności. A wolność właśnie jest kluczowym aspektem prawdziwej miłości. Miłość musi być dodatkiem, wynikać sama z siebie, być po prostu, niczym nie związana, nie skrępowana, jak wonny, ciężki dym sandałowego kadzidła, wypełniający sobą cały pokój, ulotny, zwiewny. Można się w nim poruszać, ale się nim przesiąka. Nie ogranicza, ale pozostaje. Trwa. Związek ludzi pragnących prawdziwej miłości, powinien być otwarty, wolny, pozbawiony zawiści, resentymentu, świętego „Musisz!”. Cóż może zabić miłość szybciej niż obowiązek? Wracając do kadzidłowego dymu, miłość w małym, hermetycznie zamkniętym pokoju, w którym dwoje ludzi trwa jak uwięzione w sidłach kłusownika leśne zwierzęta, staje się duszna, gryząca, przeistacza się w smród i zabija powietrze. Biedne ofiary leśnego łowcy powoli się w nim duszą. Na własne życzenie.
Czuciowiec powinien dążyć do miłości prawdziwej, wolnej, tej jawiącej się jako zapach kadzidła. Nigdy nie wolno się ograniczać. Należy współbytować, nie współgnić.
Miłość ponadto nie powstanie z desperacji. Nie będzie wynikiem rozpaczliwego szukania ideałów. Po prostu się znajdzie. A jeśli nie, to trudno. Należy próbować. Żyć znaczy mieć możliwość. A przede wszystkim trzeba mieć, zawsze!, o czym rozmawiać. Jeśli ludzie nie potrafią prowadzić ze sobą długich, fascynujących rozmów, to jak mają ze sobą bytować? Któż mógłby wpaść na taki pomysł? Pewnie desperaci, albo ci, co pędzą za iluzjami. To nie dla czuciowców.
Platon w „Uczcie” kreśli mit o miłości. W micie tym ludzie byli na początku hermafrodytami, ale bogowie uznali, że są zbyt potężni, więc rozdzielili każdego człowieka na mężczyznę i kobietę, którzy potem zawsze będą szukać swojej drugiej połowy, by móc się połączyć. Mit ten jest jak cała filozofia Platona – piękny i poruszający marzycielskie, romantyczne dusze, ale bzdurny jak nie wiadomo co. Ludzie nie są sobie przeznaczeni. Miłość jest dziełem przypadku, jest czymś, co tworzymy, jest dziełem sztuki. Ba, współdziełem! Nie ma czegoś takiego jak konieczność. Nie zbłądźcie nigdy w platonowe rozumienie miłości, bo nie będziecie szczęśliwi. Kto szuka ideałów, kończy jako cynik. Zawiedziony i zgorzkniały.
A zatem idźcie pracować nad swoją miłością. Z kim, w ile osób – to nie moja sprawa. Róbcie jak chcecie i jak czujecie. To wam ma by dobrze. Zawsze o tym pamiętajcie.
Dzień pierwszy...
13. 04. 2010
No i stało się. Dopadła mnie grafomania. Ale w końcu czymś trzeba zabijać sobie czas do śmierci, czyż nie? Zwłaszcza, jeśli nie ma obawy, że ktokolwiek będzie musiał czytać moje wypociny. Niniejszym rozpoczynam dziś pisanie kroniki, acz nastawionej raczej na zjadliwe i cyniczne komentarze niż opisy z życia wzięte, bo nie mam co robić – błąd – bo nie chce mi się robić tego, co powinienem robić i potrzebuję dowodu dla siebie samego, że nie jestem śmierdzącym leniem, którzy skończy z niczym. Oto było słowo wstępu.
Jeśli zaś chodzi o opisy, żeby nikt nie posądził mnie oto, że tytuł „Kronika” jest tylko przykrywką dla lamentów młodego zblazowańca – czas goni. Jak zwykle. Nie wiadomo do końca dokąd, a już szczególnie po co, ale goni. Za trzy tygodnie matura. Życie moje się waży i tak dalej. Jak widać jestem tym aż tak przejęty, że piszę sobie jakieś bzdury do wyimaginowanego nikogo zamiast się uczyć.
Przyszłość to w ogóle jakieś dziwne pojęcie. Oznacza coś, co nigdy nie istniało, nie istnieje, ani istnieć nie będzie – ostatecznie jak już nastanie jutro, będzie to dzisiaj. Przyszłość idzie i idzie, ale nigdy nie nadchodzi – jest jak tajemnicza osoba, zmierzająca w naszą stronę, zbliża się powoli, wydaje się, że nieuchronnie, nagle znika, rozglądamy się niespokojnie, a ona nagle wyskakuje z próżni i wbija nam nóż w plecy. I odchodzi. W niebyt.
Przenoszenie swojego życia w przyszłość jest więc bezsensowne – jeśli wszystko zaczniemy robić z myślą o jutrze i każdego kolejnego jutra będziemy przekładać je na wciąż następne jutro – życie nasze przeminie, odłożone poza czas, poza istnienie. Nie zauważymy nawet kiedy to się stanie, będziemy zbyt zajęci wyczekiwaniem jutra, żeby dojrzeć, że dziś starzejemy się i umieramy, że nasze ręce niszczeją w ciężkiej pracy, ręce, które mogły być piękne, zwiewne, efemerycznie kreślić secesyjne linie w chmurze wiecznego bezsensu.
Po cóż więc dziś myśleć o jutrze? Jutra nigdy nie będzie! Wykorzystajmy „dziś” jak najmocniej, poczujmy wszystko, co da się poczuć (jak coś się nie da poczuć, możemy to ofukać) – może i nie będzie to więcej warte od pracy, może nie nada sensu, celu i ciężaru, ale będzie przynajmniej przyjemne. W świecie pozbawionym sensu i wartości, przyjemność to już coś. Czyż nie?
I oto właśnie wpadł mi do głowy nowy pomysł na to coś, co jeszcze nie wiem czym jest – czyż nie jest piękne móc obserwować jak „to” się tworzy? – oto będzie podręcznik czuciowca, nowego człowieka, poruszającego się z wdziękiem pośród mgły absurdu, wśród muzyki ze starego cyrku.
Zatem, czuciowcy, gotowi do drogi?
No i stało się. Dopadła mnie grafomania. Ale w końcu czymś trzeba zabijać sobie czas do śmierci, czyż nie? Zwłaszcza, jeśli nie ma obawy, że ktokolwiek będzie musiał czytać moje wypociny. Niniejszym rozpoczynam dziś pisanie kroniki, acz nastawionej raczej na zjadliwe i cyniczne komentarze niż opisy z życia wzięte, bo nie mam co robić – błąd – bo nie chce mi się robić tego, co powinienem robić i potrzebuję dowodu dla siebie samego, że nie jestem śmierdzącym leniem, którzy skończy z niczym. Oto było słowo wstępu.
Jeśli zaś chodzi o opisy, żeby nikt nie posądził mnie oto, że tytuł „Kronika” jest tylko przykrywką dla lamentów młodego zblazowańca – czas goni. Jak zwykle. Nie wiadomo do końca dokąd, a już szczególnie po co, ale goni. Za trzy tygodnie matura. Życie moje się waży i tak dalej. Jak widać jestem tym aż tak przejęty, że piszę sobie jakieś bzdury do wyimaginowanego nikogo zamiast się uczyć.
Przyszłość to w ogóle jakieś dziwne pojęcie. Oznacza coś, co nigdy nie istniało, nie istnieje, ani istnieć nie będzie – ostatecznie jak już nastanie jutro, będzie to dzisiaj. Przyszłość idzie i idzie, ale nigdy nie nadchodzi – jest jak tajemnicza osoba, zmierzająca w naszą stronę, zbliża się powoli, wydaje się, że nieuchronnie, nagle znika, rozglądamy się niespokojnie, a ona nagle wyskakuje z próżni i wbija nam nóż w plecy. I odchodzi. W niebyt.
Przenoszenie swojego życia w przyszłość jest więc bezsensowne – jeśli wszystko zaczniemy robić z myślą o jutrze i każdego kolejnego jutra będziemy przekładać je na wciąż następne jutro – życie nasze przeminie, odłożone poza czas, poza istnienie. Nie zauważymy nawet kiedy to się stanie, będziemy zbyt zajęci wyczekiwaniem jutra, żeby dojrzeć, że dziś starzejemy się i umieramy, że nasze ręce niszczeją w ciężkiej pracy, ręce, które mogły być piękne, zwiewne, efemerycznie kreślić secesyjne linie w chmurze wiecznego bezsensu.
Po cóż więc dziś myśleć o jutrze? Jutra nigdy nie będzie! Wykorzystajmy „dziś” jak najmocniej, poczujmy wszystko, co da się poczuć (jak coś się nie da poczuć, możemy to ofukać) – może i nie będzie to więcej warte od pracy, może nie nada sensu, celu i ciężaru, ale będzie przynajmniej przyjemne. W świecie pozbawionym sensu i wartości, przyjemność to już coś. Czyż nie?
I oto właśnie wpadł mi do głowy nowy pomysł na to coś, co jeszcze nie wiem czym jest – czyż nie jest piękne móc obserwować jak „to” się tworzy? – oto będzie podręcznik czuciowca, nowego człowieka, poruszającego się z wdziękiem pośród mgły absurdu, wśród muzyki ze starego cyrku.
Zatem, czuciowcy, gotowi do drogi?
Początki...
Teknięty impulsem, z powodów nieznanych, stworzyłem to coś. Być może komuś się spodoba, być może komuś do czegoś się przyda. Byc może.
Nie wiem. Tak po prostu.
Nie wiem. Tak po prostu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)