26 listopada 2010

Spójrz mi w oczy kochanie
żebym mógł je odwrócić
bezczelnie patrzeć w inną stronę
i modlić się do ciemnego boga
żeby cię bolało
bardzo


Dotknij mnie kochanie
żebym mógł cię ugryźć
wbić kły w twoje mięso
i poczuć słodycz krwi w ustach
żeby cię bolało
bardzo


Przyjdź do mnie kochanie
lecz to droga przez dżunglę
nocą, gdy dzikie koty
czyhają na drzewach
żebyś się przeraził
i uciekł


Nienawidzę cię kochanie
za to, że muszę cię kochać
za twoją żałosność i moją
i za to, że stoisz tak daleko
i robisz
nic


Ja tu ginę kochanie
nie wpuszcza się promyka światła
do mrocznej jamy pająka
który żył w ciemności
od zawsze
sam


Ktoś musi umrzeć kochanie

szyba

siedzę przygarbiony
świat dzieje się gdzieś
za szybą oknem
uchylonym i tylko wiatr
niesie zapach ludzi
ciepłej radosnej krwi
hormonów szczęścia
ale jest zimny
okrutny
przytulam usta do zimnej szyby
próbując dosłyszeć wołanie
cisza


pokój wiruje powoli
obluzował się odpada
od świata
spadnę w nim
ku nieskończoności
w dół
patrząc przez szklane ściany
na blask ognia
coraz dalej
zamarznę cicho
przytulony do szyby
z wielkim odłamem lodu
wbitym w klatkę piersiową
cisza

19 listopada 2010

Krwi i głów

Od niepamiętnych czasów, przez całą historię ludzkości – od pierwszych klanów, po liberalne demokracje – światem rządzi jedna dyktatura. Dyktatura piękna. Rządzi niepodzielnie i bezwzględnie, arbitralnie dzieli rzeczy na lepsze i gorsze, jednym dając szansę, inne skazując na potępienie za życia. Uzurpuje sobie prawo do bycia wartością i tę ohydną tyranię zatwierdzali kolejni „myśliciele”. Platon i jego totalitarne państwo, Arystoteles, który miał czelność nawet systematyzować piękno. Filozofowie chrześcijańscy, którzy utożsamiali je z boskością. Idealiści – tworzyli z niego nieśmiertelną figurę idei. Racjonaliści – którzy dostrzegali je w ludzkim umyśle. Hedoniści – którzy nim tylko kierowali się w życiu. Zwykli ludzie, trybiki w wyzutej z sensu machinie ewolucji, widzieli w nim „Dobro”. „Wartość”. „Cel”. Deifikowali je, zapominając zupełnie, że to tylko manifestacja zwierzęcego popędu seksualnego, że „piękno” jest tylko sygnałem – „Z nim chcesz kopulować!”. Nic więcej.

Ale nadszedł czas. Czas, by odrzeć „piękno” z jego boskich szat, by odrzeć je ze skóry, wydłubać oczy, zedrzeć krwawiące mięso i postawić – przed całym światem – takim, jakim jest. Tym, czym jest. Przegniłym szkieletem, brudną suką z cieczką. Danse macabre brzydkich, brudnych, chorych, spaczonych, wynaturzonych zwierząt, pod billboardami domów mody. Orgią brudu. Zwierzęcą chcicą. Czas pokazać, że nie różni się niczym od tanatycznej żądzy zgwałcenia pięknej, młodej, świeżej i krwistej kobiety, przez zasyfionego menela spod sklepu z tanim alkoholem. Od mdlącej potrzeby rozkoszowania się czyimś cierpieniem, wyrywania mu paznokci i wypruwania flaków. Najniższym z możliwych instynktów.

Ale to nie koniec. To nie może się tak zakończyć. Tyle cierpienia zostało zadane w jego imię. Trzeba przelać tę krew w drugą stronę. Dużo krwi. Krew powinna płynąć ulicami. Rzeki powinny spłynąć krwią! Powinny spaść głowy – najpierw tych ikon z plakatów. Głowy, włosy, skóry, paznokcie i cokolwiek tam jeszcze w sobie mają. Trzeba rozedrzeć ich na strzępy na samym środku świata. Potem pójdą piękni i ładni, zadbane pieski i urocze kotki. Spłoną i runą w gruzach katedry, personifikujące ideę boskiego piękna. Jako brzydkie ruiny staną przed nami cuda architektury, staną przed nami tym, czym są, nie tym, za co je przebrano. Spłoną obrazy, książki, poematy. Spłoną parki i ławeczki. Spłoną lasy, wiewióreczki. Trzeba zniszczyć wszystko, cios za ciosem, aż świat pokryję się czerwienią pożaru i krwi.

A my, bękarty piękna, szczury jego lochów, wyjdziemy. I pożremy. Nasze pchły zadżumią świat, nasz pisk, który przejdzie w ryk, stłumi swą kakofonią wszelką muzykę. Będziemy grać w piłkę głowami modelek, uszyjemy sobie ubrania z ich skór.

Nasz czas nadchodzi. A ty, Piękny, spójrz w oczy napotkanemu brzydalowi, głęboko. Tak głęboko, aż ujrzysz w nich nienawiść, oceany nienawiści.

Zasłużonej.

14 listopada 2010

koniec
nie powinien boleć
powinien być powolny
stopniowy i metodyczny
powinien być zanurzeniem
w gorącej krwi łona matki
uciszać hałas życia, krzyki
pusty śmiech pusty płacz
oddalić smród świata
ohydnych oddechów
wyłączyć dotyk
ludzi, którym wydaje się
że wiedzą i że są
usunąć z ust posmak trupów
którymi się żywiliśmy
i ludzi
którymi się łudziliśmy
być czerwienią przechodzącą w ciemność
oddalić nas od bełkotu
nazywanego światem
życiem
wymazywać wspomnienia
emocji
szalonej miłości, która
kosztowała nas tyle krwi
i roztrzaskała nasze pompy o skały
czerwonej nienawiści, która
była przecież tylko obroną

ciszą
pustką umysłu
która przełamie iluzję materii

i gdy runiemy w dół
uśmiechem
że to już
oszukaliśmy
wygraliśmy walkę z życiem
nigdy więcej
chcę
muszę

spokojną, uśmiechniętą ciszą
nigdy już niezmąconą

cii

śpij

13 listopada 2010

wdech

wdech
zimnego powietrza, smrodu gnijących liści
oparów absurdu, oponenta pustki

wydech
coraz zimniej, tlen jest radioaktywny
w moich żyłach mieszanina toksycznej mazi
z dawką alprazolamu
za dużą

hermetyczna patologia
gnijąca w środku, zepsute ciało
brudny mózg

zamknięta w lodowej skorupie
i ruinie uśmiechu
lodowa rzeźba wyciosana
piłą mechaniczną

a przecież bije tam coś w środku
przemarznięta pompa na skraju sił
łudząca się wyobrażeniem Ciepła

udało się! kilka kroków do przodu
łapię marzenie
a ono
pryska
wbija się odłamkami w obojętne oczy
które już nawet nie umieją krwawić

potem znów szkodliwy nadmiar
uzależniających leków
żeby przetrwać noc
i przywołać cień Nadziei
kurwy, która nie pozwala
zakończyć